Rabbi dobrze, że tu jesteśmy

Druga niedziela Wielkiego Postu gromadzi nas wokół opisu zaczerpniętego z Ewangelii wg. św. Marka i mówiącego o Przemienieniu Jezusa. Dziś przedmiotem naszego rozważania będą słowa z Ewangelii, które wypowiedział św. Piotr: Rabbi dobrze, że tu jesteśmy… (Mk 9, 5). To zdanie można także przetłumaczyć: Rabbi, dobrze jest nam tu być. Św. Marek użył słowa w j. greckim: kalos – dobrze, które oznacza m.in. wspaniały, niezrównany, dobrze wpływający na umysł, pocieszający i wzmacniający.

Św. Piotr oddaje ducha tego wydarzenia. Jest zachwycony Jezusem, który odsłonił uczniom rąbka tajemnicy o swoim bóstwie. Do tej pory poznawali Go jako człowieka. To on ich powołał, wyjaśniał im przypowieści, ale także uciszał burzę na jeziorze i wypędzał demony. Pewnego razu zapowiedział przed uczniami koniec swoich ziemskich dni, który dokona się przez mękę i odrzucenie (Mk, 8,31). Ta wiadomość zmroziła krew w żyłach. Była dla nich jak dla nas nagły sms o śmierci kogoś bliskiego, z którym rano jeszcze rozmawialiśmy. Nie pojmowali, że ich Nauczyciel dostąpi tak potwornego upokorzenia. Po zapowiedzi męki, Piotr wziął Jezusa na bok, chciał Go przeciągnąć na swoją stronę i próbował wyperswadować Mistrzowi ów pomysł. Ale Jezus nie podzielił wizji, jaką miał św. Piotr. Nakazał mu, aby zajął właściwe miejsce i szedł za Jezusem, a nie przed Nim (Mk, 8,32-33), co oznaczało, by pozwolił Jezusowi pełnić wolę Boga, a nie swoją, do czego zresztą jak pamiętamy z zeszłej niedzieli namawiał Jezusa szatan, gdy poddawał Go kuszeniu.

Św. Piotr w dzisiejszym opisie ewangelicznym jest zachwycony, widząc Jezusa w lśniących białych szatach. Dalej nie godzi się z zapowiedzią Jezusa, mówiącego o trudach i zmaganiach. Jemu jest na Górze Przemienienia po prostu dobrze i nie chce z niej schodzić. Można by powiedzieć, że czuje się jak w siódmym niebie.

Gdy zaczniemy czytać kolejny fragment Ewangelii św. Marka znajdziemy opis sceny, gdy uczniowie schodzili z Góry i wokół nich zgromadził się wielki tłum, w którym znajdował się pewien ojciec, błagający o uzdrowienie dla swojego syna (por. Mk 9,14-29). Zupełnie inna sytuacja niż na Górze Przemienienia. Tam uniesienie, zachwyt, siódme niebo, a tu cierpienie, zmaganie i niemoc uczniów w pomocy choremu dziecku.

Te dwa opisy pokazują nam nasze życie. Tak jak św. Piotr wolimy nasze Tabory niż powrót z nich do codzienności. Możemy biegać za wizjami, szukać pocieszenia, duchowych uniesień, żeby uniknąć cierpienia, wysiłku, zmagania, bo to wzbudza w nas przerażenie. Może nas napawać strachem także nasza codzienność i zwyczajność. Czy także nam podoba się życie oddalone od świata i doświadczenia codziennego trudu, jakie było obecne u stóp Góry Przemienienia?

Wielu ludzi próbuje uciekać w świat iluzji, myśli, fantazji. Potrafimy w nich spędzać sporo czasu. Coraz więcej z nas zagrzebuje się w świecie np. gier komputerowych, w których budujemy miasta, ustalamy strategię, prowadzimy wojny z imperiami, ale gdy trzeba podjąć ważne życiowe decyzje zwlekamy z nimi, łudząc inne osoby, że w końcu postanowimy coś ważnego. Ilu ludzi boi się podjąć decyzję o małżeństwie, kapłaństwie czy życiu zakonnym? Oczekują z góry na cud i specjalne objawienie w nadziei łatwego rozwiązania.

Prawdziwe życie dla nas w tej chwili toczy się nie na Górze Tabor, ale u jej podnóża. Owszem nie możemy zapominać naszych życiowych taborów, w których czuliśmy się podobnie jak św. Piotr uniesieni, pocieszeni, podniesieni na duchu i wzmocnieni. Te sytuacje życiowe pomagają nam w codzienności. Ale pozostawanie w nich cały czas, w świecie swoich wizji, marzeń, ucieczeka od życia zawsze kończy się katastrofą i jak słyszeliśmy w Ewangelii, gdy Piotr wypowiadał to swoje pragnienie: „nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni” (Mk 9,6).

Jezus pociesza dziś swoich uczniów, ale także schodzi z Góry i zaradza cierpieniu ojca, który ma chorego chłopca. On dziś schodzi z Góry Przemienienia na ołtarz i do naszych trudnych sytuacji, aby przez post i modlitwę przynosić ulgę w naszym codziennym zmaganiu i nas pocieszyć.

Przeżywając w tym roku setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, musimy stwierdzić, że nie było łatwo ją odzyskać. Gdy po zawarciu Traktatu Wersalskiego w 1919 r., porządkującego nowy ład w Europie kraje Zachodu odbudowywały się po tragicznych w skutkach wydarzeń I wojny światowej, nasz kraj musiał ciągle walczyć o wolność. Tak było w 1920 r. kiedy to zbliżała się wojna polsko-bolszewicka. Tych wydarzeń świadom był ówczesny arcybiskup metropolita warszawski Aleksander Kakowski. W pewnym momencie został wezwany przez marszałka Piłsudskiego, który widząc brak ducha w polskiej armii, prosił go o pomoc. Jak zanotował to spotkanie arcybiskup: „Doniesiono mi, że Piłsudski upadł na duchu i że chce się ze mną widzieć przed wyjazdem na front. Udałem się do niego... Upadek ducha żołnierza i oficerów przypisywał bezczynności kapelanów wojskowych.

– Kapelanów, dobrych kapelanów dla armii – wołał – którzy by szli w szeregach razem z żołnierzem, w okopach podnosili go na duchu.

Spełniłem życzenie Piłsudskiego i ogłosiłem wezwanie do duchowieństwa. Usłuchano wezwania mojego i innych biskupów”.

W tych okolicznościach bolszewickiej zarazy, duchowni często pozostawiali swoje Góry Tabor – parafie i dotychczasowe miejsca pracy duszpasterskiej, aby z polskim wojskiem włączyć się w odbudowę polskiego państwa.

Przyzywajmy wstawiennictwa św. Michała Archanioła, który z Góry Gargano i w każdym miejscu przez wierną posługę kapłanów w konfesjonale wskazuje na moc uzdrowienia, jaką przynosi nam Jezusa.

Prośmy naszą Matkę Maryję, która na Golgocie nie traci wiary, ale dzielnie stoi pod krzyżem, rozważając trudne wydarzenia w swoim sercu, niosąc także i nam łaskę pocieszenia.

Inne artykuły autora

„Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go, potrząsali głowami”.

„Kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”

Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni tak trzeba, aby wywyższono Syna Człowieczego