 Matka, co prorocze sny miewałaSpotkałem ją w parku, jak zbierała gałęzie i wkładała do reklamówek. Poznałem bez trudu, ponieważ przed laty pracowałem w tej parafii.
– Pani Ireno, czemu pani zbiera patyki? – Podniosła głowę i pośpiesznie otarła pot z czoła.
– Ooo, to ksiądz! Właściciel kazał odciąć gaz w kamienicy, bo ktoś nie płacił, więc wszystkich potraktowano jak winnych. Na gazetach długo się gotuje woda na herbatę, pewnie z dwie godziny. Z tymi gałązkami będzie łatwiej.
Uśmiechnęła się smutno, ale w jej słowach nie było cienia goryczy. Usiedliśmy na kamiennej ławce w parku. Zawsze łapie mnie skurcz w gardle, gdy widzę takich ewangelicznych anawim – cichych i ubogich w Panu. Poprosiłem, by opowiedziała coś o sobie. Okazało się, że rodzina pochodziła z dalekiego Wołynia, z miasta Łuck. Przed wojną były to kresy Rzeczypospolitej. Uciekli przed Sowietami.
Najciekawsze wspomnienia dotyczyły matki, która musiała być wspaniałą kobietą. Bardzo odważną, bo uratowała wielu Żydów. Miała też sny prorocze, na przykład ten z zimy 1945 roku. Przyśniło jej się, że ma iść do spowiedzi, chodzić codziennie na Mszę św. i przyjmować Komunię, modlić się za Ojczyznę, to wojna skończy się 8 maja. Opowiedziała o tym przy konfesjonale proboszczowi, a ten surowo i zdecydowanie odparł: – To masz chodzić! – Ale jak? – spytała mama. - Do kościoła mam daleko, a w domu troje małych dzieci. – To przychodź jak dzieci śpią.
I musiała chodzić. Pewnego ranka do ich domu zaglądnęła jakaś znajoma. Pukała, ale bezskutecznie. Za kilka minut zauważyła mamę wracająca z kościoła. Oburzona spytała:
– Jak ty się Boga nie boisz? Małe dzieci w domu pozamykane, jeszcze ogień zaprószą, dom spalą. – Było to dla niej nie do pojęcia, żeby codziennie do kościoła chodzić, a dzieci same zostawiać.
Następnego dnia mama, wracając rano do domu, zobaczyła znowu tę sąsiadkę jak biegła w jej stronę. Była bardzo przejęta i rękami wymachiwała. Gdy zdyszana wreszcie się zatrzymała, wyrzuciła z siebie:
- Co za sen miałam! Przyszłam do waszego domu. Znowu wszystko pozamykane, rodziców nie ma. Zerknęłam przez okno do izby, a tam pełno aniołów! Bawią się z dziećmi, pilnują ich… Niech już pani chodzi do tego kościoła. * * *
Patrzyłem na panią Irenę jak z reklamówkami połamanych gałązek wracała do domu. Pewnie będzie gotowała wodę, by herbatę zaparzyć. Myślałem o jej matce. Chciałbym kiedyś spotkać je obie w niebie. Tylko czy wzrokiem dosięgnę? Pewnie będą tak wysoko.
Ks. Krzysztof Poświata CSMA Tekst wyedytowany: 2007-02-09 16:20:19 Inne serwisy michalickie:
[ Siostry Michalitki ] * [ Wydawnictwo Michalineum ] [ Niższe Seminarium ] |