Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Wywiad z Markiewiczem VII

Księże Rektorze, studia uniwersyteckie zakończyły kolejny etap w Księdza życiu…

Studiów nie skończyłem i nie zdobyłem tytułu naukowego. Z moich rąk wymknęła się elita społeczeństwa, którą chciałem przyciągnąć do Chrystusa…

27 i 28 października 1875 roku złożyłem egzamin konkursowy, kwalifikujący mnie do objęcia parafii we wsi Gaci, co nastąpiło 3 listopada 1875 roku. Przez pierwsze cztery miesiące (do 24 marca 1876 roku) byłem tam administratorem. Po utworzeniu parafii zostałem proboszczem i pracowałem w Gaci do 30 czerwca 1877 roku.

Jak Ksiądz wspomina swoje pierwsze dni na probostwie?

Zacząłem od krążenia po wsi aż do granic parafii, a to był kawał drogi. Na końcu wsi była dziewczynka, która nie mogła chodzić. Ona potrzebowała katechezy, więc później często do niej chodziłem. Przy okazji zbierały się inne dzieci, które też katechizowałem. W ogóle jak dzieci mnie spostrzegały to zaraz przychodziły, bo wiedziały, że zawsze mam coś przy sobie i je będę częstował. Ja się cieszyłem, że nie boją się mnie.

 

Jakie najbardziej palące sprawy zastał Ksiądz w parafii?

Największym problemem w Gaci było pijaństwo. Prawie każda uroczystość była zakrapiana alkoholem. W niedzielę jak chłopi po Mszy weszli do karczmy, to często wychodzili z niej następnego dnia. Pamiętam, jak kiedyś jeden parafianin szedł do karczmy z siekierą. Przyznam, że się przestraszyłem, że jak nie daj Boże będzie awantura to poleje się krew. Kupiłem od tego chłopa siekierę, choć najpewniej zarobione pieniądze zaraz przepił. Czy dobrze zrobiłem tego nie wiem, ale pijatyka w karczmie nie zakończyła się bójką. Widząc taką kondycję mieszkańców wsi zorganizowałem Bractwo Trzeźwości. Wstąpili do niego prawie wszyscy, oprócz sześciu chłopów, których nie udało mi się namówić. Jeden z nich zaciągnął na pijaństwo takie długi, że musiał sprzedawać różne sprzęty z chałupy. Łaził potem i skomlał, że jakbym był przyszedł dwa lata wcześniej, to by tak nisko nie upadł.

 

W Bractwie wymagał Ksiądz od nich zupełnej abstynencji?

Przez swoje całe kapłaństwo (a księdzem jestem już długo) z reguły nikogo nie zmuszałem, aby całkowicie wyrzekł się trunków alkoholowych. Prosiłem o to tylko tych, którzy wpadli w nałóg z nadmiaru ich używania. Pozostałym zalecałem odstawienie wódki, rumu i likierów, których choćby najskromniejsze spożywanie – wedle opinii lekarzy –szkodziło zdrowiu. Sam zaś w domu nie pijam nigdy ani herbaty chińskiej, ani kawy, ale wodę kryniczną, mleko i napoje z polskich ziół, jak polną szałwię, dziką różę, żabie oczka. Młodzieży też nie podaję  alkoholu. Wino i piwo pijam, gdy jestem w gościnie, ale – ma się rozumieć – jak najmniej.

 

W Gaci ludzie wspominają Księdza jako propagatora trzeźwości, który wymyślił dość oryginalny sposób walki z pijaństwem, a mianowicie tzw. depozyt. Na czym on polegał?

Dobrze Ksiądz wie, że z samego gadania nic nie wynika. Prosiłem, żeby tyle nie pili – oni wprawdzie obiecywali, ale później na nowo zdarzały się po alkoholu awantury w rodzinach, bójki, itp. Więc w bardzo prosty sposób wprowadziłem kaucję. Jak ktoś chciał ochrzcić dziecko, wziąć ślub czy odprawić pogrzeb to składał określoną sumę pieniędzy. Po uroczystościach zwracałem mu ją jeśli wszystko było w porządku. Ale jak nie było – przeznaczałem ją na cele charytatywne.

 

Kontrolował ich Ksiądz?

Ja nie. Ale była we wsi zaufana parafianka, stara Urszulka, która krążyła i kontrolowała. Jak się nie pobili to wracała smutna, bo nic nie szło na biednych. Jak doszło do awantury to się cieszyła i biegnąc do mnie mówiła: „Pobili się jegomościu, pobili się! Kaucja dla biednych! Niech im Pan Jezus da zdrowie” (śmiech).

 

Co Ksiądz robił dla młodzieży?

Najgorsze było to, że chodzili ze starszymi do karczmy. Bo co innego mieli robić na wsi – łazili i pili. Dlatego na plebani zorganizowałem rodzaj świetlicy, żeby im jakoś zająć czas. Zacząłem ich tam uczyć gry w szachy. Nawet im się to podobało.

 

Czy można powiedzieć, że parafia w Gaci była zaniedbana?

Pierwotnie Gać należała do parafii w Kańczudze. Z tego powodu ludzie trochę się buntowali, ponieważ zbierali datki na budowę kościoła, do którego nie chodzili. Więc powoli należało tworzyć odrębną parafię w Gaci.

Tam sformułowałem kolejną dewizę mojego życia: najpierw należy zabierać się do polepszenia stanu duchowego parafian, potem do kościoła, a na końcu do budynków plebańskich. Ta dewiza narodziła się, gdy po przyjeździe do Gaci zastałem spaloną plebanię.

Ludzie przychodzili tylko na niedzielną mszę, a na inne nabożeństwa już nie. Zawsze rano czekałem na nich w konfesjonale. Z początku to się tylko w nim modliłem. Ale z czasem zaczęli przychodzić i się spowiadali, także z innych wsi. Później pojawiali się również na nabożeństwach, np. nieszporach. Pamiętam jak przygotowywaliśmy się do koronacji obrazu Matki Bożej w Starej Wsi – na pielgrzymkę poszła ze mną połowa parafii.

 

W Gaci był Ksiądz znany z przedsiębiorczości. Jakie Ksiądz podejmował inicjatywy?

Coś trzeba było robić z tą biedą, a nie tylko wiecznie narzekać. Razem z gospodarzami zorganizowaliśmy tzw. zsypek – rodzaj banku żywności i płodów rolnych. Gdy komuś pole obrodziło, to nadmiar do zsypka oddawał, a jak potrzebował np. nasion – przychodził i z niego brał. Była to nasza Wiejska Kasa Oszczędności. Oprócz tego organizowałem spotkania z gospodarzami, na których omawialiśmy nowoczesne metody uprawy roli. Czasem trudno było ich przekonać do nowinek. Ale jak się jedni przekonali i zobaczyli większe zbiory, to i inni zaczęli naśladować. Czasem coś nie wyszło i wtedy… musiałem przeczekać napływ emocji, a później omawialiśmy przyczyny niepowodzenia (śmiech).

 

Czy udało się Księdzu wybudować kościół?

Nie. Ale już jako proboszcz w Błażowej byłem na jego poświęceniu.

 

No właśnie, po krótkim okresie pracy przyszedł awans na większą parafię do Błażowej.

Tam byłem dłużej – od 1 lipca 1877 roku do 15 listopada 1884 roku.

 

Tam został Ksiądz dziekanem…

Wicedziekanem dekanatu strzyżowskiego.

 

Błażowa nie była jednoosobową placówką. Miał Ksiądz swoich wikariuszy. Pamięta ich Ksiądz?

Pamiętam ich doskonale: Jan Antosz, Marcin Augustyn, wspominany Wawrzyniec Pilszak, Michał Puchalik, Paweł Róg i Leon Kwiatkowski – mój następca i społecznik. Sam zresztą o niego prosiłem i zaszczepiłem w nim pracę na polu społecznym.

 

Zdołaliście nawiązać między sobą braterskie relacje?

Tak. Siedzieliśmy, graliśmy w karty…

 

W karty?

Tak. Zwłaszcza jeden z wikarych bardzo lubił grać. Pamiętam, jak kiedyś podczas gry ktoś zapukał do drzwi z prośbą o odwiedziny chorego. Ów wikary zerwał się, aby tam pójść, ale go powstrzymałem i sam poszedłem. Mówiąc szczerze, wyrwałem się, bo mnie gra w karty męczyła. Ale grałem z nimi, bo dzięki temu mogliśmy przybywać razem. Ja sam bardziej lubiłem szachy.

Miałem dobry skład wikariuszy. W parafii pracy było dużo, ale z nimi można było robić cuda. Jak mieli jakiś dobry pomysł to go realizowaliśmy. Czasem to ja miałem oryginalne pomysły, co wprawiało moich wikariuszy w osłupienie.

 

Mógłby Ksiądz opowiedzieć o tych „szalonych” pomysłach?

Błażowa była znana z warsztatów tkackich, które jednak z biegiem czasu podupadły. Dlatego w 1880 roku postanowiłem zwrócić się do Sejmu Galicji i do marszałka Mikołaja Zyblikiewicza z prośbą o pomoc w odrodzeniu miejscowego przemysłu. Na wizytację przyjechał marszałek Zyblikiewicz i poparł tę inicjatywę. Wydział Krajowy udzielił bezzwrotnej pożyczki na założenie szkoły tkackiej, która ostatecznie powstała w 1884 roku. Rok wcześniej powstało Towarzystwo Tkackie. Najpierw tkactwa uczył jeden Czech, a po nim Niemiec, ale nie pamiętam już imion ani nazwisk. Z czasem wyszkoliliśmy swojego człowieka, który przez wiele lat prowadził wspomnianą szkołę. Ja zresztą do dziś utrzymuję kontakt z tymi warsztatami i zamawiam u nich materiały. Wszystkie moje siostry chodzą w chustach z Błażowej.

 

Były jakieś inne pomysły, wprawiające niektórych w osłupienie?

W Błażowej chciałem założyć gazetę. Ale nie wyszło, dopiero tu w Miejscu zrealizowałem to marzenie. Ale za to powołaliśmy nasz szpital.

 

To może dlatego wielu krytyków zarzuca Księdzu, że zaczyna Ksiądz wiele dzieł, a potem usuwa się, rozpoczynając nowe?

Podejmowałem wraz z innymi różne dzieła. Często przy tym nie rozwiązywałem przysłowiowego węzła gordyjskiego, ale go przecinałem. Na przykład nie dotarłem do źródeł pijaństwa, ale je po prostu ograniczyłem. Owszem, zarzucano mi niestałość w przedsięwzięciach i upominano, że powinienem kierować się jakąś wytyczną, trzymać się principium. Żartobliwie wówczas odpowiadałem: „principiis obsta”.

 

Proszę Księdza, oprócz pracy duszpasterskieji społecznej został ksiądz profesorem w seminarium w Przemyślu. Jak do tego doszło?

Do seminarium powołał mnie biskup Solecki. Prowadziłem tam wykłady z teologii pastoralnej od 15 listopada 1884 roku. Najpierw jako proboszcz dojeżdżałem z wykładami, a potem mieszkałem w Przemyślu.

Wobec biskupa Soleckiego żywię niewymowną wdzięczność, ponieważ dzięki niemu znalazłem sposób głębszego poznania teologii oraz żywionego zamiaru wstąpienia do zakonu.

A wykładowcą zostałem na podstawie donosu. Jeden ze świeckich panów – którego nie znałem ani też nic złego o nim nie mówiłem – odwiedził mojego biskupa i przedstawił mnie w najczarniejszych kolorach. Biskup go wysłuchał i chciał skontrolować, co ja wyprawiam w tej Błażowej, więc mnie wezwał. Nie znałem powodu tej audiencji. Gdy biskup zaczął wypytywać o różne rzeczy, zacząłem się domyślać, że coś jest nie tak. Ale, jak gdyby nigdy nic, odpowiadałem na zadawane pytania zgodnie z prawdą. Na koniec mi podziękował i, po podaniu ręki, oznajmił:

- Weźmie ksiądz wykłady z pastoralnej w seminarium.

 - Ja?

- Tak.

- Od kiedy?

- Od zaraz.

I tak zostałem profesorem.

 

Powołując Księdza na wykładowcę, Biskup docenił Księdza metody duszpasterskie…

Dla mnie jest obojętne, gdzie pracuję. Idę tam, gdzie mnie posyłają przełożeni i Pan Bóg. A gdy mnie spotykają przeciwności – w głębi duszy się cieszę, bo potem następuje jeszcze większe Boże błogosławieństwo.

 

Jak Ksiądz sobie poradził z tym nowym wyzwaniem?

Biskup mnie zmusił do głębszych studiów teologicznych. Gdy przygotowywałem się do wykładów, korzystałem ze wszystkich dostępnych źródeł ówczesnej homiletyki. Od wielu lat byłem praktykiem, ale nie teoretykiem. Teoria, którą wówczas się zająłem potwierdziła moją praktykę i to mnie coraz głębiej wciągało.

 

Błażowa nie była ostatnią Księdza placówką. Kiedy Ksiądz Rektor opuścił parafię i przeniósł się do Przemyśla?

15 listopada 1884 roku biskup odwołał mnie z probostwa i przeniósł do seminarium na etat wykładowcy. W seminarium przebywałem do 10 listopada 1885 roku. Następnie wyjechałem do Włoch.

 

Oprócz obowiązków wykładowcy miał Ksiądz jeszcze inne zajęcia w seminarium?

Byłem prefektem studiów, egzaminatorem posynodalnym i asesorem pozakapitulnym. Sprawowałem też funkcję kapelana karmelitanek, które w Przemyślu zakładały fundację. Fundatorką była matka Anna Karstein. Siostry przybyły z Krakowa (z ul. Łobzowskiej), a tam z kolei przywędrowały z Prus, gdy Wilhelm II i Bismarck prześladowali Kościół. Pomagałem także klasztorowi benedyktynek, odwiedzałem więzienia i chorych.

 

Księże Rektorze, powróćmy do obowiązków wykładowcy. Biskup Pelczar wymienia Księdza w swojej pracy poświęconej wykładom z homiletyki jako jednego z autorów, który ma poważny wkład w rozwój tej dziedziny duszpasterstwa w Polsce. Czy mógłby Ksiądz na ten temat coś powiedzieć?

Dzięki wykładom, jakie zlecił mi biskup Solecki, zacząłem przygotowywać książkę, która potem ukazała się drukiem pod tytułem „O wymowie kaznodziejskiej”.

 

Czy jest w niej jakiś szczególnie bliski Księdzu rozdział?

Druga część, mówiąca o kaznodziei. Są to moje przemyślenia, a zarazem ideał, do którego ciągle dążę.

 

Pierwsze słowa tego rozdziału mówią o osobie i uświęceniu kaznodziei. Jak to należy rozumieć?

Postawię pytanie: dlaczego po naszych homiliach ludzie się nie nawracają? Człowiek prędzej się zmieni, gdy zobaczy przykład, a nie kwiecistą mowę.

Na nic się przydadzą wszystkie reguły i przepisy retoryczne, jeśli sam kaznodzieja nie będzie własnym życiem potwierdzał głoszonych przez siebie treści, a już zwłaszcza jeśli jego życie będzie moralnie wypaczone.

W homiletyce głównym źródłem natchnień jest zawsze łaska Boża, a homiletyk musi z nią ściśle współpracować. Bez niej i bez swojej nienagannej moralności kaznodzieja będzie co najwyżej dobrym i elokwentnym mówcą o rzeczach duchowych, ale na pewno nie ewangelizatorem. Ksiądz głoszący homilię musi być w stanie łaski uświęcającej, ponieważ jej brak pozbawia go niezbędnej pomocy obiecanej przez Zbawiciela.

Zwykły poziom moralny księdzu przy tym nie wystarczy. Istnieje silna pokusa, aby uzasadniać stopniowe osłabianie własnej karności (na przykład zaniedbywanie regularnej spowiedzi) niegodnym postępowaniem innych kapłanów. Osłabienie obyczajów czy upadek karności nie mogą jednak nigdy stać się usprawiedliwieniem dla sumienia. W Bożym zakonie obowiązuje niezmienność cnót.

Kiedy kapłan mówi o cnocie, której sam nie praktykuje, doświadcza straszliwej duchowej walki i wewnętrznego podzielenia. Niezgodność głoszonych treści z własnym postępowaniem zamienia jego homilię w zimny, akademicki wykład. Serce  a nie sposób mówienia  zdradza, że kaznodziejski zapał jest wymuszony. Nasi wierni zawsze wychwytują to rozdwojenie.

 

W swoim wykładzie podkreśla Ksiądz również intencje kaznodziei.

Tak. Nie ma nic wznioślejszego nad przepowiadanie Słowa Bożego i nie ma nic nędzniejszego i godnego politowania, jak nie mieć dobrych intencji w tej sprawie. Każdy kaznodzieja doświadcza pokusy, aby w pierwszej mierze popisywać się własną mową. Odbiera wówczas szacunek i poklask ze strony słuchaczy za swoje oczytanie, zdolności, pracowitość, staranność przygotowania homilii. Nagrodą dla niego są dostojne stanowiska, znakomite posady czy honorowe odznaczenia. Mniej chciwi materialnie kaznodzieje zabiegają tylko o ludzką sławę i pochwałę. Są też tacy, którzy nie chcą dóbr materialnych ani nawet sławy – pragną tylko próżnej wygody i spokoju, nie chcąc się narażać nikomu. Mówią homilie, bo mówić muszą, jednak są obojętni i mówią na wiatr. Podobni są do żołnierzy w bitwie, którzy zamiast ku nieprzyjacielowi strzelają w górę. Można sto razy wystrzelić, a nie trafić – choć karabin jest dobry i należycie nabity. Są też tacy, którzy dają upust żółci i podłej nienawiści – występują nade wszystko przeciwko swoim rzeczywistym lub rzekomym przeciwnikom. W efekcie ludzie wychodząc z kościoła mówią, że kazanie było przeciwko panu Janowi, pani Katarzynie albo ks. Piotrowi. Jest jeszcze panująca wśród duchowieństwa zazdrość. Nieraz proboszcz zazdrości wikaremu, wikary proboszczowi, a kolega koledze. Każdy chciałby być oryginalny i niezrównany w swoim zawodzie. Są to, niestety, nasze stare grzechy.

 

Czy można ustrzec się złych intencji podczas homilii?

            Przygotowując homilię kaznodzieja powinien mieć przed oczami swoich parafian – do kogo będzie mówił i czego tym ludziom potrzeba. Jeśli będzie miał przed oczyma tylko siebie, to będzie mówił o sobie i swoich osiągnięciach. Ludzie będą go chwalili i mówili: „Jakiż to świetny mówca, dziś mówił lepiej niż zeszłej niedzieli, a tak nie potrafi ksiądz Jan ani ksiądz Piotr!”.

Podczas przygotowywania homilii  ksiądz musi się także ożywiać myślą zapłaty w niebie. Wprawdzie trudno opuścić wszystko dla Chrystusa – a najtrudniej jest opuścić samego siebie, aby czynić absolutnie wszystko dla jedynego Boga – ale to jest jedyna zapłata, jaką obiecuje Zbawiciel. Ci, którzy to zrobią, stokroć więcej otrzymają.

Kaznodzieja powinien nieustannie sprawdzać swoje serce i pytać samego siebie, czego pragnie. Dobry kaznodzieja sprawia, że słuchacze w siebie wchodzą, a zły kaznodzieja – że z siebie wychodzą.

Homiletyk musi sobie przypominać, że źle skończy, jeśliby nie głosił Ewangelii. Wreszcie, niech codziennie prosi Pana Boga o łaskę czystych intencji we wszystkich sprawach, a szczególnie w przepowiadaniu Słowa Bożego.

Wielką pomocą w przygotowywaniu kazań jest katechizacja dzieci. Oczywiście nie tylko w szkole i kościele, ale i przy innych okazjach, na przykład na wycieczkach.

 

W swoim wykładzie podaje Ksiądz różne przykłady świętych kaznodziejów. Po co?

Święci są naszym motorem. Na przykład św. Wincenty Ferreriusz przed homilią modlił się przez dwie godziny. Pewnego razu opuścił modlitwę na rzecz lepszego przygotowania intelektualnego. Od razu jego wierni zauważyli, że coś kiepsko szło, a on się przyznał, z jakiego powodu tak wyszło. Dziś także kaznodzieja musi codziennie medytować i modlić się. To wówczas poznaje siebie i swoich słuchaczy, którym będzie przepowiadał Słowo Boże. Nawrócenie grzesznika poprzez homilię jest większym cudem niż wskrzeszenie zmarłego. Ale czyją siłą to się dzieje? Kaznodziei? Jego talentów? Nie – tylko wytrwałą modlitwą.

 

Przy omawianiu tego zagadnienia, jak refren przewija się temat pokory. W jaki sposób należy ją rozumieć?

Ta cnota jest potrzebna kaznodziei po to, aby nie był pozbawiony zasług za swoją pracę oraz aby nie popadł w smutek i posępność, gdy poniesie homiletyczną porażkę. Na pokorę składają się dwie rzeczy: poznanie siebie i pogardzanie sobą, a może raczej swoim grzechem, który oddala od Boga i przeszkadza w nawróceniu (jak mówi św. Bernard). Człowiek – poznawszy tajne zakamarki swojego serca – widzi swą grzeszność i wie, że nie ma takiego grzechu, którego by nie popełnił, gdyby go nie strzegła łaska Boga. Pokorny kaznodzieja nie oburza się na doznane przykrości, chętnie przebacza urazy, znosząc wady i słabości innych. Niech za przykład posłuży św. Franciszek Borgiasz. Kiedyś w klasztorze szedł z pękiem kluczy. Inny braciszek go nie znał i – wziąwszy go za robotnika – zapytał o uzdy dla konia, których szukał. Wielki i sławny mąż odpowiedział, że są w żłobie. Tamten poszedł, ale nie znalazł. Wrócił zatem i zbeształ Franciszka, że go oszukał. Borgiasz odrzekł pokornie: „Bracie, daj pokój, ja sam poszukam”. I poszedł ich szukać.

           

Istnieje wiele szkół duchowości, mówiących o pokorze. Która z nich jest Księdza ulubioną?

Ja lubię św. Ignacego, który mówi o trzech jej stopniach: pierwszy – to cierpliwie znosić wszelkie urazy i upokorzenia, drugi – to cieszyć się, gdy inni tobą pogardzają, a trzeci – to z miłości do Boga pożądać bardziej upokorzeń, zniewag i cierpień aniżeli sławy, byle tylko ujawniła się Boża chwała.

            Z pokorą złączona jest miłość, którą kaznodzieja powinien płonąć – ponieważ przepowiada Słowa Boga. Miłość sprawia, że kaznodzieja zachowuje cierpliwość i pogodę ducha nawet wtedy, gdy jego słuchacze się nie nawracają. Ma ciągle płonąć jak pochodnia i dawać światło dla niewielu i wielu.

Często jest tak (jak mawiał św. Franciszek Salezy), że homilie głoszone dla niewielu przynoszą większe owoce niż te głoszone dla tłumów.

            Dziś jest wiele samolubstwa na świecie i jemu należy przeciwstawić miłość. Królestwo Boże jest w nas. Po co go szukać gdzie indziej?

 

Księdza styl duszpasterski napotyka wiele pochwał, ale i ma wielu krytyków, którzy nie szczędzą pod adresem Księdza różnych epitetów. Jak sobie Ksiądz z tym radzi?

Mówię: amplius. Wiele razy słyszałem o sobie: to denuncjant, spiskowiec i sekciarz, zdrajca ojczyzny, obłudnik i świętokradca, przystępujący niegodnie do świętych sakramentów, intrygant i chłopoman, ma „bzika”, psuje ludzi, pieczeniarz i żarłok, gorszy dzieci, niekształtny i zaniedbany, nieudolny, na wieś do chłopów, fanatyk, leniuch i włóczęga.

Znoszenie obelg, upokorzeń, krytyki, przyjmowanie porażek – to wszystko jest wpisane w moje nawrócenie. Każdy z nas powinien nauczyć się je znosić. Brak tej zdolności obrazuje przypadek pewnego mnicha, który był chwalony przez innych braci za swoją pobożność. Jego kierownik duchowy poddał go kiedyś próbie w postaci jakiegoś upokorzenia. Ale tego ów mnich nie zniósł. Wtedy jego nauczyciel dał mu taką naukę: „Jesteś podobny do miasta, które od frontu jest wprawdzie przyozdobione, ale od tyłu już zostało obrabowane przez rozbójników.

 

Jak sprawdzić, na którym poziomie pokory znajduje się dany człowiek?

Nie da się. Nie jest to poziom widoczny, taki jak przechodzenie z klasy do klasy. Zdaje mi się, że te wszystkie stopnie pokory, o których mówił św. Ignacy, przedziwnie wzajemnie się przeplatają. Na przykład proszę zobaczyć u siebie – jak Ksiądz realizuje wezwanie Ewangelii do nadstawiania drugiego policzka? Może być tak, że ktoś nie potrafi nadstawić drugiego policzka. To niech przynajmniej zniesie uderzenie w jeden policzek. Ale gdy i tego nie potrafi – niech chociaż nie oddaje otrzymanego ciosu. A gdyby i to było za trudne, to niech się zacznie modlić.

 

Innym ważnym zagadnieniem, poruszanym przez Księdza Rektora, jest odwaga kaznodziei. W niektórych krajach nie porusza się niektórych tematów w imię tolerancji czy równouprawnienia. Jak Ksiądz to ocenia?

Na mocy bierzmowania staliśmy się żołnierzami Jezusa, a poprzez kapłaństwo – wodzami Jego wojska. Przyjęcie święceń dało nam niezłomną siłę ducha i męstwo, którymi nie tylko pokonamy zagrażający ze strony innych ludzi czy samego diabła strach, ale i go wypłoszymy u innych. Świat nigdy nie chciał przyjąć Ewangelii. Zakrywa się niektóre tematy, takie jak piekło i szatan, a mówi się tylko o filantropii i poczuciu godności. Kaznodzieje są wręcz terroryzowani, gdy mówią zgodnie z nauką Kościoła. Ale taka jest rola przepowiadania Słowa (jak mawiał św. Alfons), aby nazywać grzechy po imieniu nawet wtedy, gdy nie ma nadziei nawrócenia. Kaznodzieje są do tego zobowiązani, nawet w obliczu poniesienia osobistej szkody.

 

Ciekawym wątkiem w Księdza homiletycznym wykładzie jest „ludzkie podejście” kaznodziei. Łączy Ksiądz ten temat z roztropnością. Dlaczego?

Kaznodziei jest potrzebna roztropność – swoisty woźnica innych cnót – bo to ona rozeznaje i wskazuje człowiekowi, co ma czynić, jak czynić oraz kiedy czynić. W XVII wieku, na dworze króla Francji przebywał słynny kaznodzieja Massyllion. Stawiał on przed słuchaczami wymagania, które trudno było spełnić. Pozwalał przystępować do komunii tylko tym, którzy pokonali w sobie namiętności. Ludziom bogatym odmawiał prawie wszystkich przyjemności i żądał za grzechy tylko głębokiej pokuty, mówiąc z naciskiem jedynie o piekle czy niebie, a zapominając o czyśćcu. Podkreślał także opuszczenie grzesznego człowieka przez Boga, co przecież jest nieprawdą. Przy kim Bóg jest bliżej, jeśli nie przy grzeszniku? Nic tak nie zniechęca do życia, jak ciągłe mówienie o życiu w negatywnym aspekcie.

Inni mówcy podkreślają w swoich homiliach tzw. przymus Boga, to znaczy Jego rzekomą konieczność śmierci na Krzyżu czy narodzenia się w ubóstwie. A przecież nie będziemy dyktować Panu Bogu, jak ma nas ratować i jak ma się z nami obchodzić!

Kaznodzieja nie powinien stawiać niewykonalnych wymagań i nie może robić ze świata klasztoru. Musi posiadać umiejętność rozróżniania zwyczaju od nadużycia, zabawy od rozpusty, zabawy bez rodziców od nocnej hulanki, niebezpieczeństwa od upadku. Nie może potępiać wszystkiego „w czambuł”.

Nie powinien również dać się zbytnio porywać uczuciom, gdyż one zaciemniają trzeźwy sąd.

Kaznodzieja powinien unikać popisywania się świętością, osobistymi zdolnościami, wiedzą teologiczną czy świecką. Im czystsze jest Słowo Boże, wierniejsze i prostsze, bez domieszki obcych żywiołów – tym ma Ono większą siłę.

Niech kaznodzieja nie będzie też skory do głoszenia widzeń, proroctw, snów nadprzyrodzonych, które nie są zbadane przez Kościół.

Powinien zresztą unikać wszelkich kwestii, których Kościół nie rozstrzygnął lub które mogą być dla ludu zbyt subtelne i zawiłe, jak np. wielka Tajemnica Trójcy Świętej. Unikać powinien także spraw politycznych.

 

Czy ten wykład dla homiletów można jakoś podsumować?

Są dwa światła w życiu kaznodziei: jego święte życie i jego wiedza. Te światła powinien on łączyć z dobrą wolą i usilną pracą, opierając się na łasce Bożej. Nauczyciel bez wiedzy i apostoł bez świętości są zjawiskami nienormalnymi. Nie można przy tym usprawiedliwiać własnej ignorancji tym, że i apostołowie nie kończyli studiów. Św. Paweł w wolnych chwilach cały czas studiował, czytał i zgłębiał święte księgi. Kaznodzieja ma nieustannie starać się o wiedzę, i to przede wszystkim o wiedzę teologiczną. Radzę, aby kaznodzieja codziennie czytał z komentarzem rozdział Pisma św. po polsku i po łacinie. Niech także studiuje dzieła innych kaznodziejów, ojców i doktorów Kościoła. Powinien dogłębnie znać patrologię oraz historię Kościoła powszechnego i polskiego.