Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Wywiad z Markiewiczem VIII

Po roku pracy w Przemyślu wyjechał Ksiądz do Włoch, aby wstąpić do zakonu. Myślał Ksiądz o tym wcześniej?

O powołaniu zakonnym myślałem od 1875 roku. Myśli, aby wstąpić do zakonu czasem przychodziły, czasem odchodziły. W pewnym okresie życia wydawało mi się, że moim zadaniem jest powołanie księdza – profesora w gimnazjum. Zresztą nadal uważam, że do szkół trzeba iść i tam zanosić Jezusa. Później przyszło probostwo i coraz trudniej było mi podjąć decyzję w sprawie zakonu, choćby dlatego, że przy zakładaniu przemysłu tkackiego czy innych inicjatyw duszpasterskich pojawiły się długi, które – jeśli chciałem być zakonnikiem – musiałem spłacić. Zresztą odejście do zakonu z probostwa jest prawie niemożliwe.

We wszystkich tych wewnętrznych rozterkach radziłem się moich spowiedników i kierowników duchowych. Nic wbrew ich woli nie robiłem.

 

Ostatecznie poszukiwanie życiowej niszy w realizacji swego kapłaństwa jako zakonnik znalazł Ksiądz po niemal dwudziestu latach od święceń...

Szukajcie, a znajdziecie.

 

Wspominał Ksiądz o swoich spowiednikach i kierownikach duchowych. Czy korzystał Ksiądz regularnie z ich pomocy?

Owszem. W pewnych okres spowiadałem się co tydzień, w innych raz w miesiącu. Nie zaniedbywałem rekolekcji, w których uczestniczyłem co roku. Jeździłem głównie do Starej Wsi. Odprawiałem je także u redemptorystów w Mościskach. Rekolekcje głosił wówczas o. Bernard Łubieński. Miałem również dobry kontakt z jezuitami: Antoniewiczem, Jackowskim czy Morawskim.

 

Docenia Ksiądz rolę stałego spowiednika i kierownika duchowego?

Już św. Franciszek Salezy mówił, że trudno znaleźć dobrych spowiedników czy przewodników duchowych. Ja miałem szczęście. Bardzo mi pomagali jezuici, którzy nawet proponowali mi wstąpienie do siebie. Ale wyszło inaczej.

 

Trafił Ksiądz do salezjanów…

Wyjeżdżając z Przemyśla 11 listopada 1885 roku nie myślałem o salezjanach. Rozważałem zakon teatynów lub karmelitów. Jednak jak wszedłem do kościoła salezjańskiego (niedaleko dworca kolejowego w Rzymie) odczułem, że to moje miejsce. Salezjanie pod względem stylu życia są zbliżeni do księży diecezjalnych i to mi odpowiadało.

 

Biskup nie robił Księdzu przeszkód we wstąpieniu do Towarzystwa Salezjańskiego?

On mi bardzo pomógł. Gdybym pozostał proboszczem, to pewnie by się nie zgodził na mój wyjazd. Ale skoro mnie przeniósł do seminarium, to było łatwiej.

 

Po przyjeździe do Włochu spotkał się Ksiądz z Janem Bosko?

Nie od razu. Najpierw mieszkałem w Rzymie, a potem pojechałem do Turynu, gdzie mieszkałem w hotelu. Mój patriarcha ks. Jan Bosko przyjął mnie 30 listopada 1885 roku. Po spotkaniu powiedział, że musi mieć w mojej sprawie opinię biskupa, do którego napisał 9 grudnia. W wigilię Bożego Narodzenia zatelegrafowałem do mojego biskupa, aby mi pozwolił zostać salezjaninem. Mój ponaglający telegram wynikał z tego, że fundusze na wynajmowanie hotelu kończyły się, a odpowiedź z Przemyśla na list ks. Bosko nie nadchodziła.

 

Długo Ksiądz czekał na odpowiedź biskupa?

Zdaje się, że biskup otrzymałem mój telegram po świętach – 27 grudnia. Zaraz następnego dnia wysłał żądaną opinię, która była pozytywna.

Od tamtej chwili nigdy nie wątpiłem w swoje posłannictwo apostolskie, które chciałem realizować zajmując się ubogimi od 1863 roku.

Mój wyjazd do Włoch i spotkanie ze Świętym, powrót do Polski i powołanie domów w Miejscu nie było przypadkiem ani kombinacją ludzką. Od Boga to się stało.

 

Wstępując do salezjanów myślał Ksiądz o tym, jak przeszczepić tę wspólnotę do Polski, do Galicji?

W moim ponaglającym telegramie pisałem o tym biskupowi. Nie zamierzałem wybierać stanowisk u salezjanów. Gdyby mnie nie przyjęli wiedziałem, że jestem powołany do zakonu, który zbliżony był do nich – do takiej wspólnoty, która prowadziła parafie, szkoły, konwikty czy seminaria. Jednak wypadało, abym jako salezjanin był kamieniem węgielnym do założenia tego Towarzystwa w naszym kraju.

 

Co było dalej?

Jan Bosko przyjął mnie do swojego Towarzystwa. W Nowy Rok 1886 roku wyjechałem z Turynu do San Benigno Canavese. Przez dwa miesiące byłem w postulacie, a 8 marca zacząłem nowicjat. Moim mistrzem był ks. Juliusz Barberis.

 

Jak Ksiądz Rektor wspomina ten czas?

W nowicjacie zrobiłem więcej dobrego dla mojej ojczyzny, aniżeli przez kilkadziesiąt lat mieszkając w niej i pracując.

 

A co takiego się wtedy wydarzyło?

Dzięki pomocy finansowej mojego brata Stanisława opublikowałem we Lwowie (pod pseudonimem ks. B. Miromir) książkę „Trzy słowa do starszych w narodzie Polskim”. W przypadku nowego wydania jej tytuł powinien brzmieć „Iść w lud”.

 

Zanim wrócimy do omówienia tej programowej Księdza pracy, moglibyśmy powrócić do spotkania z ks. Bosko?

Tak.

 

Po przyjeździe do Włoch spotkał Ksiądz Założyciela oraz pierwszych salezjanów, którzy tworzyli nową wspólnotę. Jak by Ksiądz scharakteryzował ich charyzmat oraz codzienną pracę?

Regułę salezjańską układał Jan Bosko razem z papieżem Piusem IX wraz z innymi biskupami. Zafascynowała mnie salezjańska opieka nad ubogą młodzieżą i wychowanie księży diecezjalnych i zakonnych. Wychowankowie uczyli się rzemiosł, rolnictwa, a inni studiowali. Mieli jeden konwikt szlachecki z kursami filozofii i teologii; mieli też parafie. Oprócz tego rozwijali misje zagraniczne.

Przede wszystkim niemal każdy dom miał oratoria, w których odprawiano Mszę, uczono katechizmu, modlono się i organizowano czas dla dzieci. Jak w jakimś mieście był dom salezjański, to przychodziła do niego cała okolica, aby słuchać katechizmu i przebywać w oratorium.

Oprócz tego salezjanie prowadzili misje i rekolekcje w parafiach, mieli także drukarnie. Rozwinęli liczną grupę tzw. współpracowników, którzy wspierali ich datkami.

Życie wspólnotowe stało na wysokim poziomie. Nie było umartwień zewnętrznych, ani szczególnych postów. Umartwienia wynikały z ich powołania.

Dzieci wychowywali po spartańsku, a wychowawcy musieli być przykładem. Głównym hasłem była powściągliwość i praca, czyli poprzestawanie na tym, co konieczne do życia. Młodzież widziała przed sobą wzory ludzi, którzy tak postępowali i bezinteresownie poświęcali się dla niej. Nie wszyscy wprawdzie byliśmy doskonali, jednak do doskonałości dążyliśmy.

Razem z dziećmi spędzaliśmy czas wolny. Wychowawcy i wychowankowie byli razem, grali w piłkę, biegali…

 

Ksiądz też z nimi biegał?

Niestety, ja nie mogłem biegać, ponieważ już wtedy należałem do „ciężkiej kawalerii” salezjańskiej (śmiech).

 

Ten charyzmat Księdza zafascynował?

Powściągliwość i Praca, o czym mówił Założyciel – to mój drogowskaz. On zachęcał, aby to hasło tłumaczyć na wszelkie możliwe sposoby. Ja widziałem bardzo pozytywne skutki tej dewizy w praktyce.

 

Ksiądz Rektor złożył śluby 25 marca 1887 roku. Jeden z badaczy salezjańskich ks. Francis Desramaut twierdzi jednak, że nie ma żadnego dokumentu, który formalnie potwierdzałby złożoną profesję. Zakonnik ten mówi tak: „Ksiądz zawsze twierdził, że złożył śluby na ręce księdza Jana Bosko 25 marca 1887 roku. Sekretarz Viglietti notował wtedy wszystkie wyjazdy swojego przełożonego, który w tym czasie nie opuszczał Turynu. W owym dniu, 25 marca, Bronisław mógł go spotkać tylko w jego mieszkaniu, a uwzględniając czas nowicjatu, jego wiek i jakość doświadczenia kapłańskiego, uzyskać możliwość złożenia wieczystych ślubów ubóstwa, czystości i posłuszeństwa prawdopodobnie tylko wobec niego, w zaciszu jego biura. Jednakże sekretariat ogólny nie został poinformowany o tym wydarzeniu. Stąd też w katalogu towarzystwa na rok 1888 nie widnieje on ani pośród profesów, ani pośród „ascritti”. Potem – w latach 1889-1892 – spotykamy go już jako profesa wieczystego”.

Złożyłem śluby zakonne wieczyste na sławnej pamięci ręce Księdza Jana Bosko w Turynie dnia 25 marca 1887 roku.

 

Po nowicjacie został Ksiądz we Włoszech. Jakie miał Ksiądz obowiązki?

Najpierw uczyłem młodzież teologii w San Benigno, a potem w Kolegium Valsalice w Turynie. Później uczyłem w Hospicjum św. Jana Ewangelisty, byłem spowiednikiem w kościele i jeździłem z wykładami do San Benigno. Byłem też kapelanem sióstr Matki Bożej Wspomożenia Wiernych.

Mój konfesjonał w Turynie (u św. Jana Ewangelisty) był oblężony od 5 rano do 10 wieczorem. Zaufanie okazywali mi Włosi, Niemcy. Spowiadałem nawet całe pułki żołnierzy. Jednak w 1889 roku to wszystko przerwała choroba. Sam słyszałem od lekarza, że najwyżej będę żył jeden miesiąc.

 

Wyzdrowiał Ksiądz?

Podczas choroby mieszkałem i kurowałem się w domu wypoczynkowym w Mathi, ale mimo to przyjechałem z Włoch do Miejsca z suchotami. Prowadziłem jednak powściągliwy styl życia i zdrowie powoli wróciło do normy.

Odzyskanie zdrowia zawdzięczam głównie modlitwom za przyczyną ks. Jana Bosko, a także dzięki siostrze karmelitance z Przemyśla – Marii Katarzynie, hrabinie Sokolnickiej (w zakonie Maria od Najświętszego Sakramentu). Ona ofiarowała swoje życie za moje wyzdrowienie.

 

U salezjanów spotkał się Ksiądz Rektor z księciem Augustem Czartoryskim. Mógłby Ksiądz o nim opowiedzieć?

Jego wstąpienie do zakonu wywołało niemały szum w Europie: książę August zakonnikiem! Spotykałem się z nim czasem. Uprawiał z naszymi klerykami biegi po dziedzińcu w kolegium w Valsalice. Biegał także ksiądz Bosko razem ze swoimi malcami. To samo czynił ks. biskup Cagliero, gdy był księdzem. Oto mamy świętych biegających i skaczących (śmiech).

 

Według Księdza powołanie młodego księcia o wielkich koligacjach rodzinnych nie było młodzieńczym kaprysem?

Powołanie księcia Augusta zaraz od początku okazało się najpewniejsze. W miesiąc po wstąpieniu do nas zachowywał z łatwością i bez uszczerbku na zdrowiu wszystkie przepisy naszej reguły: posty, ranne wstawania, praktyki pobożne, zwyczaje itp., podczas gdy żyjąc w świecie nie pościł, ani nie wstawał wcześnie rano.

Pod każdym względem był wzorowym zakonnikiem. W kolegium w Valsalice – gdzie było około 150 młodzieży zakonnej i salezjanów, a przełożeni tamtejsi stanowili elitę – nie wiem, czy był choć jeden, który by mu dorównywał w życiu zakonnym. Powszechnie nazywali go „drugim Alojzym”.

Na ile znam historię Polski, jestem przekonany, iż był on największym z Czartoryskich – większym, niż Florian, Michał, August, Adam itd. Przecież tym człowiek jest większy w historii, im jest większy przed Bogiem. A świat, który nie poznał i aż dotąd nie zna Chrystusa, niech sobie mówi, co chce.

Nad Stanisławem Kostką litowali się jego krewni, kiedy tymczasem litować się wypadało nad nimi. Stanisław Kostka zrobił (i do dziś dnia robi) dla naszej ojczyzny i dla świata więcej, aniżeli wszyscy Kostkowie razem wzięci, objąwszy nawet świątobliwą Katarzynę z Kostków Ostrowską, której fundacje i kościoły po dziś dzień istnieją.

Inne są sądy Boże, a inne sądy ludzkie. My jesteśmy powołani właśnie po to, aby te ostatnie prostować czynem, słowem i pismem. Czasem wypadnie nam nawet „uderzyć z góry na Mazury”, kiedy łagodność nie skutkuje, a jest uzasadniona nadzieja, że się Mazury nie obrażą.

 

Jego powołanie jest wpisane w konkretną rodzinę. Czy dostrzegał Ksiądz w niej zdrowe relacje?

Największą chlubą dla każdej rodziny jest to, jeśli wydaje ze swojego łona powołania zakonne o prawdziwej wartości. Jest to znak, że pień drzewa zachowuje się zdrowo. A jakież dopiero błogosławieństwa na nich sprowadza!

 

Jak to się stało, że Ksiądz powrócił do Polski?

Najpierw nasz generał Rua planował wysłać do Polski księcia Augusta. I ja miałem być w tej ekipie. Ale tak się nie stało.

Mój przyjaciel ks. Stanisław Spis (wykładowca i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego) już w 1887 roku pisał do mnie pragnąc, bym jak najrychlej powrócił do kraju. Przypuszczał, że będzie wakat na probostwie w Miejscu Piastowym, gdzie kolatorem był Jan Trzecieski. Ale wówczas do objęcia Miejsca przez salezjanów nie doszło.

Jan Trzecieski, chcąc ofiarować salezjanom wspomnianą parafię, odezwał się ponownie w 1891 roku we wspomnienie św. Michała Archanioła (29 września). Jak wiadomo, sam tego nie mógł uczynić, a jedynie za zgodą biskupa Soleckiego. Poradziłem mu, aby sprawy załatwiał najpierw w kurii w Przemyślu. Jednak cały ten proces szedł wolno i biskup decyzji nie podejmował. Aż razu pewnego o tym, że Trzecieski czyni starania o sprowadzenie salezjanów do Miejsca, dowiedziała się hrabina Anna Potocka. Ona wsparła tę ideę gorąco. Napisała list do Trzecieskiego, wyrażając chęć pomocy w tej sprawie, gdyby kolator jej potrzebował. Ostatecznie napisała też do biskupa, który od ręki dał jej pozytywną odpowiedź.

 

I objął Ksiądz to probostwo?

Zanim do tego doszło, należało zgodnie z prawem kościelnym i austriackim załatwić szereg formalności. No i też diabeł zamieszał ogonem. Hrabina, która otrzymała pozytywny list od biskupa, miała wysłać go do Trzecieskiego i zresztą przez kilka tygodni myślała, że to uczyniła. Ale okazało się, że gdzieś się on zawieruszył i dopiero robiąc porządki odnalazła go, uświadamiając sobie, że go nie wysłała. Bardzo się zasmuciła i zawstydziła takim obrotem sprawy. Wreszcie wysłała go do Jana Trzecieskiego, a on przesłał go do mnie.

Po drodze były jeszcze inne perturbacje, jak to się zwykle zdarza przy takich sprawach.

 

Jakie?

Na przykład ojciec Augusta Czartoryskiego mówił kiedyś przed obłóczynami księcia, że będzie robił wszystko, aby salezjanie do kraju nie mogli przybyć. Czy on jednak rzeczywiście przeszkadzał tego nie wiem, ale tak mi mówił.

 

I co było dalej?

Zgłoszono mnie jako kandydata na probostwo. Oprócz mnie kandydowało jeszcze czterech innych księży. Na sesji w Przemyślu 11 lutego 1892 roku, po załatwieniu wszystkich spraw formalnych, wakujące stanowisko po ks. Janie Samockim powierzono salezjanom. Namiestnik Badeni nie zgłosił żadnych zastrzeżeń co do mojej osoby na probostwo.

 

Może pomogła w tym hrabina Potocka? Przecież Badeni wiedział, że jest Ksiądz autorem publikacji „Trzy słowa”, z tezami której się nie zgadzał, a wręcz je zwalczał.

            Tego nie wiem. Opuściłem Włochy i 23 marca 1892 roku dotarłem do Przemyśla. Następnego dnia złożyłem przepisaną prawem przysięgę. Do Miejsca przyjechałem 28 marca.

 

Powróćmy do Księdza książki. Wspominał Ksiądz o tym, że wydając „Trzy słowa” uczynił Ksiądz więcej dla Ojczyzny niż wtedy, gdy w niej pracował. Wspominaliśmy już, że jest to Księdza życiowy program duszpasterski. Według niektórych informacji pracę tę w znacznym nakładzie zniszczono. Czy jest to prawda?

W dużym nakładzie wykupiono i zniszczono jeden z numerów „Powściągliwości i Pracy”. Dochodziły do mnie także krytyczne głosy na temat „Trzech słów”. Nawet jeden z księży (razem pracowaliśmy w seminarium) – za pieniądze uzyskane przez jednego z biskupów od namiestnika Badeniego – przyjechał do mnie z upomnieniem, po co ja to napisałem. Później skrytykował mnie w swoich „Wrażeniach z podróży” pisząc: „widziałem w Turynie ks. Markiewicza, ale nam księdza Bosko potrzeba w Polsce, nie ks. Markiewicza”. Kiedy byłem już w Miejscu, szlachta dowiedziała się, że to ja byłem autorem „Trzech słów” (mimo, że napisałem tę pracę pod pseudonimem) – i dlatego była mi przeciwna. Pisałem o jej wadach narodowych, m.in. apelowałem o zniesienie propinacji.

 

Według Bobrzyńskiego, który w 1888 roku napisał książkę „Prawo propinacji w dawnej Polsce”, owa propinacja to wyłączne prawa szlachty do produkcji i sprzedaży napojów alkoholowych w obrębie swych dóbr. Propinacja była często rozumiana jako obowiązek zakupienia przez każdego chłopa w karczmie dworskiej określonej ilości piwa lub wódki, co powodowało wzrost alkoholizmu. Czy o to chodziło?

Tak. Zresztą moja książka zrobiła swoje. Sejm w Galicji, rok po wydaniu „Trzech słów”, zajął się ustawą o zniesieniu propinacji.

 

Wspomniana Księdza praca jest skierowana do duchowieństwa oraz osób świeckich: szlachty, rządzących, a także naukowców. Co Ksiądz chce im powiedzieć?

Dwa pierwsze rozdziały (dwa pierwsze „słowa”) skierowałem do duchowieństwa, prosząc, aby jako duszpasterze wzięli pod opiekę więźniów, chorych oraz ubogie dzieci i młodzież, a poprzez katechizację walczyli z ciemnotą religijną, która prowadzi do rewolucji społecznej. Mówiłem, że rzeźby, obrazy, nabożeństwa, przytuliska nie zastąpią głoszenia Słowa Bożego. Powtórzyłem za Grzegorzem Wielkim, że „więcej znaczy nakarmić duszę Słowem Boga, która żyć będzie na wieki, niż chlebem ziemskim nasycić ciało, które kiedyś umrze”.

 

Z tego wynika, że pierwsza sprawa to Słowo Boże, głoszenie Ewangelii, a potem dopiero dzieła miłosierdzia. W naszych czasach mówi się raczej co innego. Najpierw trzeba nakarmić głodnych, a potem głosić Ewangelię. Jednak właśnie na tym polegała pierwsza pokusa Chrystusa na pustyni. Diabeł namawia Jezusa, aby przemienił kamienie w chleb, ale Jezus się temu sprzeciwia, mówiąc o pierwszeństwie Boga i Jego Słowa.

A co zawarł Ksiądz w drugim „słowie”?

Drugie „słowo” – podobnie jak pierwsze – adresuję także do duchowieństwa. Wspominałem już o tym, że ksiądz powinien najpierw poznać swoich parafian i głosić im Słowo Boże, udzielać sakramentów oraz dołożyć wszelkich starań, aby wśród nich dokonywała się zmiana życia duchowego. Przez osobisty kontakt z wiernym, ksiądz może np. usunąć zabobony, w które wielu ludzi wierzy. Ksiądz nie może zapomnieć też o napominaniu. Ale jak to zrobi, jeśli nie zna swoich parafian? Kogo będzie napominał, komu będzie tłumaczył? Dlatego z taką siłą podkreślam, że ksiądz najpierw powinien poznać tych, do których jest posłany.

 

Ostatni rozdział książki kieruje Ksiądz do elity narodu?

Trzecie „słowo” skierowałem do rządzących, szlachty, urzędników i naukowców – ludzi, którzy tworzą naszą elitę. Zachęcam ich, aby się otrząsnęli z obojętności i letniości.

Piszę także o czterech „dźwigniach”, które stanowią o życiu i potędze narodów: religii, literaturze, historii i suwerenności politycznej. Religia powinna zawsze stanowić podstawę, swoiste jądro. Z ludźmi wierzącymi można dokonywać cudów! Także literatura polska, przepojona chrześcijaństwem, może służyć za wzór dla innych narodów. Nasza historia pokazuje ogromne zmagania tak poszczególnych osób, jaki i całego narodu, a także ukazuje wiarę i pomoc nadprzyrodzonych potęg. I wreszcie suwerenność polityczna. Twierdzę, że lepiej jej nie mieć wcale, aniżeli jej nadużywać. Szczęśliwiej jest być samemu prześladowanym, niż prześladować innych.

 

Wielką rolę przykłada Ksiądz w swoim nauczaniu do spraw społecznych i narodowych. Czytając Księdza artykuły przepojone wizją wojny, śmierci i pożogi odnoszę wrażenie, że rzeczywistość, która nas otacza jest przytłaczająca i ponura. Nie widać w niej nadziei. Czy nasz świat tak się zestarzał, że aż dostał zadyszki?

O tym mówił św. Augustyn: „Świat się starzeje i w starości liczne są niedomagania – kaszel, katar, zaropiałe oczy, niepokój, wyczerpanie. Choć świat się starzeje, Chrystus pozostaje zawsze młody”.

Jakie zatem jest lekarstwo na starość i te wszystkie nasze niedomagania? Augustyn mówił: Nie rezygnuj z odmłodzenia się w zjednoczeniu z Chrystusem, również w starym świecie. On mówi do ciebie: Nie bój się, twoja młodość odnowi się niczym młodość orła”. Mówiąc krótko: naprawmy świat w Chrystusie! To jest mój apel.

 

Efekty wielu Księdza wysiłków w „odmładzanie świata” są – może zabrzmi to brutalnie – raczej mierne. Ludzie często nadal umierają we wczesnej młodości. Jedni żyją w ubóstwie, podczas gdy dobrobyt innych przekracza wszelką miarę. Bywa, że niegodziwcom dobrze się powodzi, a uczciwi mają cały czas „pod górkę”. Czemu się tak dzieje?

Nie wiem. Sam zadaję sobie te pytania. Ale jest odpowiedź, która mi bardzo pomaga. Czytałem kiedyś zbiór opowieści o ojcach pustyni. Podobne pytania, które Ksiądz mi zadaje, trawiły wielkiego pustelnika Antoniego. Rozmawiając kiedyś z Panem Bogiem zapytał Go o te sprawy. A Bóg mu odpowiedział: „Antoni, pilnuj siebie samego: bo tamto wszystko to sądy Boże i rozumienie ich nie wyszłoby ci na dobre”.

My tworzymy domy dla dzieci, głosimy Słowo Boże, spowiadamy itd., ale owoce tej pracy są w ręku Boga. Owszem, czasem przychodzą wątpliwości, czy nawet zwątpienie. Jednak i to jest potrzebne. Wspomniane opowieści o Antonim Pustelniku powiadają, że i on miał sceptyczne myśli i pytał, co ma robić w tym utrapieniu. Wyszedł ze swojej celi i zobaczył człowieka, który pracował i modlił się, modlił się i pracował. Dostrzegł w tym człowieku Anioła i zrozumiał, jaką odpowiedź zesłał dla niego Pan.

Proszę Księdza, to jest droga do szczęścia: POWŚCIĄGLIWOŚĆ I PRACA.