Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Wywiad z Markiewiczem X

 

ZAŁOŻYCIEL

 

Proszę Księdza Rektora, 1897 rok jest przełomowy w Księdza życiu. Wiąże się z wizytacją salezjanów, a w konsekwencji z decyzją odłączenia się od macierzystej wspólnoty. Wiele na ten temat napisano. Niedawno uczynił to także jeden z salezjanów ks. Desramaut. Jak Ksiądz wspomina to wydarzenie?

A jak pisze o tym ks. Desramaut?

Pisze on, że w Miejscu panowało ubóstwo i nieustannie wzrastała liczba wychowanków. Zaniepokojony generał Rua wysłał do Miejsca wizytatora...

Był nim ks. Mojżesz Veronesi, który przyjechał do nas w czerwcu 1897 roku. Przywitaliśmy go godnie i gorąco. Zaprezentowaliśmy wszystko, co robiliśmy, grała orkiestra, dzieci deklamowały wiersze w języku łacińskim…

I co jeszcze ten ksiądz pisze?

Po wizytacji ks. Veronesi polecił uporządkować sprawę warunków zamieszkiwania, zróżnicować miejsce spożywania posiłków dla wychowanków i wychowawców, zredukować liczbę młodzieży do dwudziestu i usunąć z domu dziewczęta.

Zastosowałem się do zaleceń dotyczących posiłków. Jednak wycofałem je, gdy zobaczyłem, że przynoszą one zgubne skutki. Te zalecenia po prostu nie były dla naszego terenu, dla Galicji. Panuje tu inna kultura i zwyczaje.

Potem napisałem list do mojego biskupa i podałem powody odłączenia.

Jakie to były powody?

Twierdziłem, że salezjanie zmienili regułę na niekorzyść dewizy „Powściągliwość i Praca”, scentralizowali nowicjat i finanse na korzyść Włochów, chcieli prowadzić akcję italianizacji Polaków i wysyłać ich jako misjonarzy, a nie dbali o polskie sprawy. Byłem przekonany, że będzie korzystniej dla mnie, dla mojego domu, dla Polski i dla Kościoła, gdy się odłączę od włoskich salezjanów i otworzę osobne zgromadzenie polskich salezjanów, oparte na pierwotnej regule św. Jana Bosko.

I co się później stało?

Biskup Solecki (w liście z marca 1898 roku) nie sprzeciwił się utworzeniu nowego zgromadzenia w pierwotnym duchu ks. Bosko, tak jak to już bywało w historii Kościoła, gdy powstawały nowe zakony, mające ten sam rdzeń.

Ks. generał Rua stwierdził, że odmówiłem posłuszeństwa – nie cofnął decyzji wizytatora Veronesiego, zakazał mi używać nazwy „salezjanie”, a naszemu domowi nazwy „Dom ks. Jana Bosko”. Taką informację przekazał mi biskup Solecki w liście z 19 grudnia 1897 roku, który otrzymałem w wigilię Bożego Narodzenia. Salezjanie zwolnili mnie ze ślubów i nie mogłem odtąd korzystać z ich przywilejów. Ks. Rua wraz z kardynałem Patocchim poinformowali mnie o zwolnieniu ze ślubów po raz drugi 16 czerwca 1898 roku. Wysłali również do Rzymu – do ich prokuratora Cesare Cagliero – kopie listów w tej sprawie, z prośbą przedstawienia jej w odpowiedniej kongregacji, ponieważ starałem się o zatwierdzenie kościelne nowej wspólnoty.

Proszę Księdza, czy po tym kryzysie, kiedy opadły emocje, salezjanie próbowali się z Księdzem jakoś porozumieć?

Poprzez kardynała Puzynę i biskupa Pelczara namawiali mnie do powrotu, obiecując autonomię naszych domów. Ks. Rua wezwał mnie do Włoch na rekolekcje i chciał rozmawiać o tych wydarzeniach. Ale odpowiedziałem, że sumienie mi na to nie pozwala, bo nasze działania były zbyt rozbieżne.

Zresztą uważam, że na bazie reguły św. Jana Bosko powinno powstać jeszcze jedno zgromadzenie, zajmujące się młodymi przestępcami.

Czy ma Ksiądz do nich żal?

Do kogo konkretnie?

Do salezjanów.

Dlaczego? Salezjanie pozostają popularni i czynią wiele dobrego. Kiedyś ktoś coś o nich opublikował negatywnego. Uważam, że nie wypada drukować rzeczy ubliżających instytucjom duchownym, które robią wiele dobrego. Do nich zaliczam salezjanów. Pracują oni z dobrym skutkiem.

Gdyby Jan Bosko nie założył salezjanów uważam, że należałoby takie zgromadzenie stworzyć.

Ja sam skierowałem do salezjanów w Oświęcimiu kilku chłopców na studia. Uznaję ich użyteczność, często się za nich modlę i – wśród intencji w brewiarzu – mam też napisaną intencję „za salezjanów”. Ich członków przyjmuję zawsze z największą życzliwością i często zapraszam na obiady i noclegi.

A inną rzeczą jest moje odłączenie się od nich. Ja chcę wychowywać młodzież opuszczoną – żyć i żywić się na wzór ubogich najbliższej okolicy. Dom w Miejscu założyłem idąc za natchnieniem Bożym, opierając się na środkach, które dała mi Opatrzność i przyjmując za hasło „powściągliwość i pracę”.

Zresztą, proszę Księdza, zdaję się na Sąd Boży i na osąd historii.

Czy nowe wspólnoty zakonne postanowił Ksiądz tworzyć bezpośrednio po wizytacji ks. Veronesiego?

Najpierw radziłem się swojego spowiednika, rozmawiałem z wieloma ludźmi. Z zarządzeń moich salezjańskich przełożonych ostatecznie wycofałem się 2 września 1897 roku, powracając do stylu życia, jaki prowadziłem przed czerwcową wizytacją. Odesłałem ks. Piotra Sikorę, a w połowie września na działce, którą darował nam Jan Trzecieski, zacząłem budować nowy drewniany dom dla 100 wychowanków. Budowę ukończyliśmy 7 grudnia 1897 roku. Poświęciliśmy go 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanej. Wieczorem odegraliśmy w nim sztukę teatralną „Męczennicy Cezarei”. Na spektakl przyszli wychowankowie i ok. 100 innych osób. W domu zamieszkało 23 nowicjuszy przyszłego Zgromadzenia.

8 grudnia 1897 roku obłóczył Ksiądz swoich pierwszych nowicjuszy, a w Boże Narodzenie przyjął od nich śluby zakonne. Czy tym gestem sprzeciwił się Ksiądz swojemu biskupowi, który nie wyrażał na to zgody?

To prawda, że ich obłóczyłem i przyjąłem śluby, ale woli biskupa się nie sprzeciwiłem. Biskup Solecki wprawdzie poinformował mnie w liście, że nie mogę przyjąć ślubów, jednak list doszedł do Miejsca już po uroczystościach.

Czy Ksiądz pamięta tych pierwszych zakonników?

Śluby po Mszy Pasterskiej złożyli klerycy: Józef Machała i Franciszek Rola oraz bracia zakonni: Jan Pawluś, Antoni Harchała, Józef Czernia, Szymon Kędra i Władysław Białoczyński, a także Grzegorz Szopa, który złożył je na moje ręce, będąc już na łożu śmierci. Przebywał on w Żeglcach, a przyjechał z Włoch już bardzo chory.

Mam tu też tekst tych pierwszych ślubów i pozwolę sobie go odczytać:

„Niżej podpisany, oświadczam wobec Najświętszej Maryi Panny, św. Józefa, św. Franciszka Salezego i świętych Alojzego Gonzagi, Stanisława Kostki, Jana Berchmansa i Izydora biskupa, iż w celu bliższego naśladowania Mistrza swego Jezusa Chrystusa i dla zapewnienia sobie celu ostatecznego pragnę złożyć śluby wieczyste w domu ks. Jana Bosko w Miejscu Piastowym, a potem przy pomocy Bożej jak najwierniej je zachować”.

Proszę Księdza…

Zanim zada Ksiądz następne pytanie, chciałbym ja Księdza o coś zapytać. Mogę?

Oczywiście.

W kaplicy w Białym Domu stoi figura Matki Bożej. Zauważył ją Ksiądz?

Tak, to Matka Boża Wspomożenia Wiernych. A przynajmniej bardzo podobna do tej z bazyliki salezjanów w Turynie.

U nas figura ta jest znana pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Polski. Figurę tę sprowadziliśmy z Krakowa do naszego domu w marcu 1896 roku. Zanim ją zamówiłem, poprosiłem właściciela domu artystycznego, aby robotnicy, którzy ją wykonają, najpierw się wyspowiadali, a dopiero potem zabrali do pracy. Chodziło mi o to, żeby ci ludzie czuli wagę zadania, ponieważ jest to figura Matki dla naszych sierot. I tak się stało. Wprawdzie powierzono to dzieło mniej zdolnym robotnikom, a jednak – ku zdziwieniu ich szefa – wykonali ją oni z bardzo dobrym skutkiem. Od tamtego czasu Matka Boża jest z nami i nad nami czuwa.

Figura najpierw stała w moim salonie. Jak wybudowaliśmy dom drewniany, umieściliśmy ją na korytarzu, a teraz jest w kaplicy w domu murowanym. Gdy wybudujemy kościół, to tam ją umieścimy.

Czy to prawda, że gdy Ksiądz przyjechał do Miejsca miał ze sobą także obraz Matki Bożej?

Dokładnie dwa obrazy – Matki Bożej Wspomożenia Wiernych oraz Jana Bosko. To te, które wiszą w moim pokoju. Obok nich są portrety Augusta Czartoryskiego i Dominika Sawio.

Księże Rektorze, wróćmy do tematu związanego z powstaniem Zgromadzenia, które funkcjonowało jako Towarzystwo „Powściągliwość i Praca”. Czym zajmuje się ta organizacja?

Po decyzji o odłączeniu się od salezjanów we wrześniu 1897 roku i jej oficjalnym ogłoszeniu wszystkim moim współpracownikom, w grudniu 1897 roku, podjąłem u władz kościelnych starania o zatwierdzenie nowego zgromadzenia. W Rzymie mieliśmy swojego przedstawiciela w osobie ks. prałata Chrzanowskiego (po nim był inny ksiądz). Oprócz tego zacząłem się starać o zarejestrowanie Towarzystwa „Powściągliwość i Praca”. Nazwa odnosiła się do naszej dewizy, lecz – zgodnie z życzeniem ks. Rua – nie użyliśmy oficjalnie nazwy „salezjanie” czy „polscy salezjanie”.

We wspomnienie św. Franciszka Salezego (29 stycznia 1898 roku) przyjęliśmy statut Towarzystwa, który opracowywali księża Pelczar i Spis, mój brat Władysław oraz Jan Trzecieski. 1 maja tutaj na plebanii odbyło się walne posiedzenie, które wybrało mnie na przełożonego. Wcześniej, bo w kwietniu, władza świecka wyraziła pozytywną opinię w sprawie powołania Towarzystwa.

Ile osób było w Towarzystwie?

1 maja, w dniu powołania do życia Towarzystwa, było ponad 100 osób. Zostali oni podzieleni na dwie kategorie członków: czynnych i biernych. Czynni zajmowali się bezpośrednio wychowaniem, a bierni wspomagali organizację.

 

Jaki był cel powołanej przez Księdza organizacji?

Ogólnym celem – który zawarliśmy w statucie – jest chwała Boża i dobro naszego społeczeństwa, objawiające się poprzez spełnianie uczynków miłosierdzia chrześcijańskiego co do ciała i duszy wobec ubogiej młodzieży, a także doskonalenie członków w cnotach chrześcijańskich. Ten cel realizujemy w szczególny sposób, a mianowicie poprzez: wychowywanie ubogiej młodzieży, prowadzenie oratoriów (kaplic świątecznych), opiekę nad biednymi, szerzenie wolnej prasy, pielęgnowanie powołań oraz wszelkie inne uczynki miłosierdzia.

Program realizujemy w domach wychowawczych i warsztatach, prowadzonych na wzór domów salezjańskich.

Mógłby Ksiądz streścić program wychowawczy, który realizujecie?

Pierwsza sprawa to taka, że ten system jest wprawdzie heroiczny, ale jednocześnie wykonalny. On wyda wielkich świętych. Jednak aby go wprowadzać w życie, trzeba być głęboko wierzącym i trzymać się naszych przepisów.

Charakter naszych placówek jest ściśle katolicki. Należy przeto zachowywać czujność i opierać się wszystkim tym, którzy chcieliby go – nawet w dobrych intencjach – zmienić i złagodzić. Religia katolicka konsekwentnie wprowadzana w czyn – a więc sakramenty spowiedzi, eucharystie, katechezy, umartwienia, posty oraz odprawianie rekolekcji – przyniosą rezultat. Religia nasza pozostaje niedoceniana, a jest przecież Najwyższą Prawdą.

Zasada powściągliwości i pracy jest głównym wyznacznikiem naszego systemu. Nasza siła wypływa z zachowywania chrześcijańskiego umartwienia, czyli powściągliwości, czystości seksualnej, wstrzemięźliwości od napojów alkoholowych, skromności w przyjmowaniu pokarmów, a następnie z bezinteresownej pracy na rzecz ubogich. Część osób świeckich, a niekiedy i sami duchowni, nie rozumieją znaczenia tych cnót dla skuteczności posługi wobec potrzebujących.

Praca ma swoją hierarchię. Fundamentem jest praca duchowa, czyli dążenie do zbawienia duszy własnej i innych. Następnie jest praca fizyczna (ręczna), która została nakazana przez Boga. Na końcu wreszcie jest praca umysłowa (nauka języków obcych, przyrody, geografii, historii itd.), realizowana w szkołach.

Jeśli jakiś wychowawca tych rzeczy w ten sposób nie pojmuje lub nie akceptuje, to nie powinien być u nas wychowawcą.

Realizowanie idei powściągliwości i pracy znalazło swoją wykładnię w założonym przez Księdza miesięczniku...

Pierwszy numer „Powściągliwości i Pracy” ukazał się w lipcu 1898 roku. Zamieściliśmy w nim m.in. nasz statut oraz odezwę programową pisma i Towarzystwa. W gazetce publikujemy artykuły społeczne i dotyczące wychowania.

Księże Rektorze, chodzą pogłoski, że Ksiądz powołał Towarzystwo bez konsultacji ze swoim biskupem.

Jest to nieprawda. Sprawę założenia Towarzystwa oraz powołania Zgromadzenia konsultowałem z biskupem Soleckim w lutym 1898 roku. Jedno i drugie uzyskało jego poparcie, o czym mówi pismo z 9 lutego 1898 roku. Ks. biskup Solecki zgodził się na założenie Towarzystwa i napisał, abym czynił co do Zgromadzenia starania w Rzymie. Po mojej myśli nie było jedynie to, że biskup wprawdzie zapewnił o swoim poparciu, ale nie objął nad Towarzystwem protektoratu. Po pozytywnej opinii biskupa wysłałem do Rzymu prośbę o zatwierdzenie Zgromadzenia (zdaje się było to 5 kwietnia 1898 roku).

Ale z Rzymu Ksiądz odpowiedzi nie otrzymał. Czy korzystał Ksiądz z innych dróg, aby uzyskać zatwierdzenie kościelne nowej wspólnoty zakonnej?

Tak. Pisałem do sejmu we Lwowie, aby wstawił się za mną w Rzymie. Próbowałem także dotrzeć do Watykanu drogą dyplomatyczną poprzez ministra spraw zagranicznych Agenora Gołuchowskiego. Wszystko to wynikało z wniesionej 20 kwietnia 1899 roku przez naszego protektora ks. Chrzanowskiego prośby do kongregacji w sprawie zatwierdzenia nowego Zgromadzenia. Prośbę tę poparł biskup Łobos z Tarnowa. Minister Gołuchowski podjął w kongregacji starania poprzez swojego ambasadora w Rzymie. Poproszono go jednak, aby naszą prośbę formalnie poparł biskup Solecki. Ponowiłem przeto prośbę do biskupa, jednak on powołania nowego Zgromadzenia nie zaakceptował. Argumentował, że wprawdzie pozostaje przychylny wobec mojej działalności wychowawczej, ale aby zatwierdzić nową wspólnotę, potrzebuje ona księży i zakonników.

Wszystkie te zabiegi nie przyniosły zatem rezultatu. Czemu? A czy na wszystko muszą być odpowiedzi?

Nie starał się Ksiądz u biskupa Soleckiego o przyjęcie do seminarium w Przemyślu swoich kandydatów na księży?

Rzeczywiście pewnego razu wysłałem list do biskupa, aby przyjął naszych wychowanków do seminarium. Uczyli się oni w gimnazjum w Miejscu, ale nie mieli zdanych egzaminów państwowych. Biskup mi odpisał, że bez egzaminów nie może ich przyjąć do seminarium. Więc uczyli się oni dalej i przygotowywali do zdania państwowych egzaminów maturalnych. Jak już byli gotowi, to ich nie przyjęto. Ale to już inna sprawa.

Rok 1898 to początki budowy nowego, murowanego domu.

Po powołaniu do życia Towarzystwa, na zakupionych morgach na tzw. „Górce”, zaczęliśmy budować nowy dom. Kamień węgielny poświęciliśmy 1 sierpnia, a w listopadzie nowy budynek przykryliśmy dachem.

Dom wybudowaliśmy bez pieniędzy.

Przypominam sobie, że pewnego razu murarze zażądali zapłaty za pracę. Powiedziałem im, aby przyszli w innym dniu. Oni się zdenerwowali i odpowiedzieli, że jak natychmiast nie zapłacę to roboty nie skończą. W dniu, w którym miałem wypłacić umówioną kwotę, na mojej plebanii zjawiła się pewna kobieta i przekazała pieniądze. Dokładnie tyle, ile miałem zapłacić. Kto to był?

Odbieram Księdza wypowiedzi w ten sposób, że w głębi serca nie chciał Ksiądz przestać być salezjaninem. Chciał Ksiądz określać siebie i powstającą wspólnotę jako „polskich salezjanów” albo „salezjanów pierwotnej reguły”, tyle że Księdza przełożeni na to się nie zgadzali. Udowadniał im Ksiądz także odejście od reguły ks. Bosko. Pewnie musiało to ich bardzo denerwować, ponieważ wychodziło na to, że to Ksiądz wraz ze swoimi współpracownikami zachowuje pierwotnego ducha Założyciela. Z biegiem lat łagodził Ksiądz te wzajemne napięcia. Jak zatem Ksiądz rozumie ową regułę, opartą na zasadzie „Powściągliwość i Praca”?

„Powściągliwość”, „powściągać”, oznacza tyle, co umartwiać swoje namiętności, znosić krzyż obowiązków i przyjmować wszelkie dolegliwości, przykrości, bóle i krzywdy z poddaniem się woli Bożej – w cichości i z miłością do Jezusa. Bogactwo, rozgłos, sława świata, zaszczyty, stosunki z wpływowymi ludźmi i w ogóle wszystko, co świat sobie ceni nie powinny mieć dla nas żadnego znaczenia. Nie można zapominać, że otrzymaliśmy powołanie od Boga, aby służyć bliźnim – a szczególnie ubogim – a nie aby nam służono. Do tego potrzebne są starania o pokorę, która jest jedyną drogą do prawdziwego wzrostu w cnotach chrześcijańskich, niezawodną miarą wartości człowieka, pierwszą z najwyższych łask Bożych i nieodzownym warunkiem skutecznej współpracy z Chrystusem w naprawie ludzkości.

Praca w wymiarze duchowym, fizycznym i intelektualnym ma nas doprowadzić do chrześcijańskiej doskonałości. Członkowie Towarzystwa mają służyć swoim wychowankom za wzór pracowitości, głosząc słowem i czynem, że żadna praca – byle uczciwa – człowieka nie hańbi, że jest ona obowiązkiem nałożonym przez Boga i najwłaściwszym środkiem utrzymania. Uczy ona poczucia własnej godności, daje niezależność, poczucie radości, pozwala utrzymać zdrowie i potęgę tak poszczególnych ludzi, jak i całych narodów.

Dewizę „Powściągliwość i Praca” streszcza poprzestawanie na tym, co konieczne do życia i życie pracowite, na wzór okolicznych mieszkańców.