Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Wywiad z Markiewiczem XI

VIII

ŚW. MICHAŁ ARCHANIOŁ I PIERWSZE ZATWIERDZENIE

 

Po tych wydarzeniach założył Ksiądz Towarzystwo Powściągliwość i Praca, przyjmując jako patrona św. Franciszka Salezego. Jednak po pewnym czasie Towarzystwo wybrało sobie jako patrona św. Michała Archanioła. Kiedy pojawiła się myśl o nazwaniu Towarzystwa od imienia Patrona Kościoła?

Pomysły wyboru św. Michała wysuwał od 1900 roku książę Michał Radziwiłł. Książę opiekował się naszymi klerykami, którzy byli na studiach w Rzymie, a my (od 1899 roku) prowadziliśmy jego dom wychowawczy „Nazaret” w Warszawie przy ul. Freta.

Michał Radziwiłł, przy pomocy księży Marcinkowskiego i Kłopotowskiego, chciał w Warszawie założyć pod patronatem św. Michała silny ruch apostolski księży diecezjalnych, który ostatecznie  nie powstał. Jednak przy wsparciu jednego z kardynałów wraz z grupą Polaków w Rzymie związał się z istniejącym tam Stowarzyszenie św. Michała. Następnie pod dyrekcją generała zmartwychwstańców przystąpił do istniejącego już od 1897 roku Stowarzyszenia św. Michała Archanioła. Czy Książę próbował rozwijać stowarzyszenie przy pomocy Księdza Rektora?

Książę  wyjaśnił swoje intencje w liście do mnie. Przyjęcie za patrona św. Michała miało umożliwić prowadzenie działalności w Rosji, a kardynał miał być protektorem wspólnoty oraz zapewnić przychylność salezjanów. Ja odpisałem księciu 12 marca 1901 roku, że byłbym szczęśliwy, gdyby Stolica Apostolska pozwoliła nam się nazywać Towarzystwem św. Michała Archanioła i propagować Jego cześć na kuli ziemskiej. Nie sprzeciwiało się to zasadzie „Powściągliwość i Praca”, a także przepisom reguły św. Jana Bosko, które pozostały moimi dewizami naczelnymi.

Czyli obok Księdza działalności wychowawczej i duszpasterskiej doszła kolejna – propagowanie czci św. Michała. W jaki sposób chciał Ksiądz to robić?

Postanowiłem w szczególny sposób rozszerzać cześć św. Michała Archanioła. Gdyby nie było w jakiejś miejscowości kościoła lub domu wychowawczego pod wezwaniem Archanioła, to chciałem go założyć i nadać mu jako patrona Księcia Wojsk Anielskich. Chciałem, aby moi młodzi żołnierze mieli na sztandarze wizerunek św. Michała – ale nie dla dekoracji, tylko po to, aby stać w obronie biednych i w obronie wiary z kosami, siekierami, a nawet z bronią palną.

Z bronią palną, kosami i siekierami? To nie wezwanie do rewolucji?

Owszem, choć ta broń powinna być ujęta w cudzysłów. Moi księża mieli walczyć mieczem Słowa Bożego, głosząc katechezę.

Zresztą, proszę Księdza, dziwna to rzecz, że dotąd św. Michał mało jest czczony, mimo że w liturgii od wieków odbiera cześć zaraz po Najświętszej Maryi Pannie. A jest to Archanioł, którego przymioty mnie pociągają.

Jakie przymioty?

Pokora, czystość, gorliwość o chwałę Bożą i o dobro dusz ludzkich.

Jak Ksiądz Rektor zamierzał czcić Archanioła w swojej wspólnocie?

Poprzez powściągliwość i pracę, powściągając szczególnie pychę i namiętności zmysłowe, a pracując nie tylko za zbawienie własne, ale i za zbawienie drugich. Kto nie powściąga swoich namiętności i nie pracuje, ten nie tylko nie czci św. Michała Archanioła, ale nadto niebawem przyłączy się czynem do obozu szatańskiego.

Czy Książę Radziwiłł mocno zaangażował się w propagowanie czci św. Michała w ramach Księdza działalności?

29 marca 1901 roku otrzymałem od niego obraz św. Michała Archanioła, który przekazał nam kardynał Vives, a pobłogosławił Ojciec Święty Leon XIII. Umieściliśmy go w Białym Domu, w kaplicy p.w. św. Andrzeja Boboli, po stronie Ewangelii.

Działo się to wszystko w związku z rozszerzającym się kultem św. Michała Archanioła w Galicji. Otrzymałem też prawo przyjmowania do bractwa św. Michała Archanioła z możliwością nakładania szkaplerza.

Według niektórych historyków rozszerzanie kultu św. Michała Archanioła w Galicji, który popierał Leon XIII, było przeciwstawieniem się rozwojowi kultu Matki Bożej Królowej Polski.

U nas rozwijał się kult Matki Bożej Królowej Polski i św. Michała.

Ksiądz Rektor wspomniał o nazwie „Towarzystwo św. Michała Archanioła”. Wcześniej mówił o „Towarzystwie Powściągliwość i Praca”. Czy ta zmiana dokonała się zgodnie z Księdza wolą?

Do nazw, obrazów etc. nie przywiązywałem większej wagi. Znano nas jak salezjanów z Miejsca Piastowego albo z Galicji, a przed władzą świecką występowaliśmy jako Towarzystwo Powściągliwość i Praca. Jak Ksiądz dobrze wie, świeccy nie lubią świętych nazw. Ks. Chrzanowski w Rzymie przedstawiał nas jako Towarzystwo św. Michała Archanioła. Ja w oficjalnym piśmie użyłem tego sformułowania w 1902 roku, gdy prosiłem biskupa Pelczara o zatwierdzenie zgromadzeń.

Proszę Księdza Rektora, z biegiem czasu stosunki z przełożonymi zaczęły się stabilizować. Władza kościelna stwierdziła, że nie przekona Księdza do połączenia się z salezjanami. Czy biskup Pelczar, który został ordynariuszem po biskupie Soleckim, zaczął szukać prawnego sposobu rozwiązania tej kwestii?

Odczułem powiew „świeżego powietrza” w 1902 roku. 17 sierpnia wysłałem prośbę do mojego ordynariusza, aby wystarał się w Rzymie o zatwierdzenie męskiej i żeńskiej wspólnoty zakonnej oraz przydzielił mi pomocnika w parafii w osobie ks. Orlemby. Biskup wydał postanowienie o zakazie zakładania żeńskiej kongregacji i nakazał sprowadzić inną, już istniejącą żeńską wspólnotę. Natomiast w sprawie męskiego zgromadzenia polecił przygotować plany nauczania i prac w domu oraz ustawy projektowanego zgromadzenia. Co do Orlemby polecił, aby ten złożył egzaminy wymagane przez austriackie prawo. Zakazał również odbierania ślubów.

Ale już wcześniej to czyniono. Dalej Ksiądz je odbierał?

Odbierałem, ale nie były to śluby tylko przyrzeczenia, więc nie sprzeciwiałem się władzy kościelnej. Kiedy biskup Pelczar 30 października 1901 roku zażądał, aby moi klerycy ściągnęli sutanny i w nich nie chodzili, to woli biskupa zadość uczyniłem. Gdy mówił o zakazie ślubów – także byłem posłuszny.

Księże Rektorze, proszę mi wybaczyć, ale – używając tu słów pewnego zmarłego już Arcybiskupa – czy nie szedł Ksiądz na skróty podczas tych wszystkich wydarzeń? Czy nie było tak, że kościelne prawo i przepisy interpretował Ksiądz trochę po swojemu i przez to narastała opozycja względem Księdza dzieła?

Najważniejsze jest zbawienie dusz. Zresztą sam doszedłem do tego, o czym Ksiądz wspomina, że mam wielu przeciwników i byłoby najlepiej, abym się usunął.

Dlatego podjął Ksiądz decyzję, aby to ks. Orlemba został przełożonym Towarzystwa?

Tak.

Czy biskup Pelczar zapewniał Księdza o poparciu i chęci pomocy, aby prawnie uregulować nowy stan rzeczy?

Nawet nas w tym celu odwiedził. Było to 6 maja 1902 roku. Przy tej okazji poświęcił nowy, murowany dom i złożył ofiarę na cele działalności Towarzystwa (co robił także po kryzysie w 1902 roku). Zwiedził nasz nowy dom wraz z biblioteką, odwiedził i mój pokój. Modlił się w kaplicy. Nawiedził także nasz kościół parafialny, w którym przemówił do wiernych. Później pojechaliśmy do Trzecieskich na herbatę.

To jest ten nowy powiew, o którym Ksiądz wspomniał?

Owszem. Oprócz tego zaczęły się ukazywać pozytywne artykuły, ale przeceniały one moje zasługi w budowaniu dzieła. Redaktorzy pisali tak, jakbym to ja sam wszystko robił, a inni tylko kibicowali. To, co pisali było nieprawdą. Przecież byłem proboszczem tysiącosobowej parafii. Nie miałem wikarego, a parafia prowadzona była według należytego porządku. Odprawiałem codziennie w kościele Mszę św., codziennie spowiadałem, chrzciłem, dawałem śluby. Oprócz tego uczyłem w szkole i kościele, odwiedzałem chorych, prowadziłem kancelarię parafialną, spowiadałem i jeździłem z kazaniami do sąsiednich parafii, a nawet do parafii oddalonych o wiele kilometrów od Miejsca, odwiedzałem przynajmniej dwa razy w tygodniu kolatorów Trzecieskich w ich dworze.

I spał ksiądz cztery godziny na dobę…

Nie. Starałem się sypiać 7 godzin, ponieważ przekroczyłem już swoje lata i do podejmowania zadań potrzebowałem odpoczynku.

A co robił Ksiądz w domu wychowawczym?

Tam nocowałem, jadałem obiady, dwa razy w tygodniu odprawiałem w kaplicy Mszę św. (bo miałem przywilej odprawiania dwóch mszy), głosiłem homilię. Co dwa tygodnie miałem konferencje duchowe, a kilka razy w roku konferencje o wychowaniu, pisałem artykuły do miesięcznika, zarządzałem Towarzystwem i przewodniczyłem przy naszych egzaminach oraz wspierałem nauczycieli i majstrów. I nic więcej.

Kto zarządzał domem w Miejscu?

Domami męskim (który liczył ok. 250 wychowanków) i żeńskim (w którym było 36 osób) przewodniczyli mężowie i niewiasty pełne poświęcenia i bohaterskiej miłości bliźniego, których Opatrzność Boża skupiła wokół sztandaru „Powściągliwość i Praca”.

 Do dziś nie wiem, ile kosztowała robota murarska, ciesielska czy blacharska przy budowie budynków domowych. Nie wiem, ile kosztowały materiały do warsztatów, paliwo, zboże. Tym wszystkim zajmował się zarząd, który brał towar na wielkie sumy i bez pieniędzy spłacał w terminie. Tak bowiem działa Opatrzność Boża.

Czy były jakieś inne oznaki ocieplenia ze strony Kościoła w sprawie dzieła Powściągliwości pod egidą św. Michała?

W sierpniu 1902 roku ze Splitu przyjechał ks. Orlemba, a ja wysłałem wspomnianą już prośbę do biskupa o zatwierdzenie. Razem z Orlembą odwiedziliśmy ks. biskupa Pelczara w Jaśliskach. Tam odbyła się rozmowa, po której stwierdziłem, że można składać prośbę o zatwierdzanie, i że dobrze będzie, jak ktoś inny obejmie ster w Towarzystwie. Dlatego 16 września 1902 roku członkowie Towarzystwa na swego przełożonego wybrali ks. Orlembę.

 

Zanim przejdziemy do następnych wydarzeń, czy mógłby Ksiądz opowiedzieć coś o prośbie do biskupa, którą Ksiądz wysłał? Co zawierała?

W prośbie o zatwierdzenie o niczym nowym nie pisałem. Chciałem żyć zgodnie z zasadą powściągliwości i pracy, opierając się na regule św. Jana Bosko. Naszą podstawą były śluby zakonne i utrzymywanie się z pracy rąk własnych. Dzięki temu wychowywaliśmy młodzież, ucząc ją, iż praca (także praca na roli) jest podstawą szczęścia doczesnego. Kierując się natomiast zasadą powściągliwości żyliśmy na wzór ludzi z okolicy.

Moją prośbę do biskupa podpisało 46 członków Towarzystwa i 18 sióstr.

Chciał Ksiądz wyróżniać się także strojem zakonnym?

Do ubioru, podobnie jak do obrazów, nie przywiązywałem wagi. Jednak tam, gdzie nie walczono ze strojem duchownym (tzn. w krajach katolickich) chciałem, aby moi zakonnicy mieli czarne sutanny przepasane czarnym pasem zapinanym z boku, a na sutannie długi czarny szkaplerz z wizerunkiem św. Michała Archanioła. Na to płaszcz ciemno-szary.

A siostry zakonne?

Habit sióstr miał być koloru ciemno-szarego, przepasany wąskim czarnym pasem, a na nim płaszcz czarny. Wokół szyi biała chustka, a na głowie czarne nakrycie.

Wspomniał Ksiądz, że biskup nie pozwolił na założenie zgromadzenia żeńskiego i zaczął przygotowywać się do prawnego uregulowania statusu męskiej wspólnoty. W jaki sposób miało się to odbywać?

Po odmowie zatwierdzenia zgromadzenia sióstr i nakazie, aby się rozeszły – czego nota bene nie zrobiły, ponieważ żadna z nich nie miała gdzie pójść, a opuszczenie domu byłoby dla niego katastrofą, co zresztą wiedział i mój biskup – przygotowaliśmy stosowne dokumenty, o które prosił ordynariusz.

Spotkał się Ksiądz z nim?

No tak. W październiku byłem u niego w Przemyślu. Po tej wizycie biskup Pelczar przysłał 5 listopada 1902 roku dekret o powołaniu nowicjatu z 18 nowicjuszami. Dekret przewidywał powołanie zgromadzenia na okres próbny z zastrzeżeniem, że po trzech latach odbędzie się wizytacja, której wyniki rozstrzygną o jego przyszłości.

Wspomniany dokument reformował nasze Towarzystwo, zmienił zapisy statutu w kilku punktach i powołał nowy zarząd. Biskup zresztą ten nowy zarząd potem odwołał.

 

Kto był w zarządzie?

Wizytatorem biskupa był ks. Krementowski, przewodniczącym miałem być ja, a członkami byli ks. Antoni Koleński, ks. Sos, ks. Szmyd i Jan Trzecieski.

No to wszystko już Ksiądz miał. I cóż się wydarzyło?

Ksiądz Szmyd (miał 28 lat) był u nas dwa tygodnie. Biskup przydzielił mu obowiązki uczenia religii w gimnazjum i nadzór nad innymi wykładami. Miał być na egzaminach prywatnych, uczestniczyć w Zarządzie Towarzystwa, wygłaszać do wychowanków homilie i nauki duchowe oraz czuwać nad przestrzeganiem rozporządzeń biskupa.

Oprócz tego ks. Szmyd wprowadzał swoje zwyczaje: palił papierosy, miał osobny stół, przez co nie jedliśmy razem. Miał prawo wydalania starszej młodzieży i sprawdzał, czy u nas nie ma abusów.

Przepraszam, czego?

Nadużyć. Widząc to wszystko, wycofałem się z zarządu Towarzystwa, a biskup cofnął swój dekret z 5 listopada. Zagroził mi suspensą, odwołaniem z probostwa i mianowaniem mnie jako administratora.

Głównym jego zarzutem były obawy co do starszych wychowanków, że ich za słabo uczyłem i nalegałem, aby ich wyświęcono na księży.

Dzięki Księdzu Rektorowi biskup nieźle się gimnastykował. Nie dawał mu Ksiądz spokoju i odpoczynku. Może nawet Ksiądz wzburzał krew w jego żyłach?

Święty człowiek wszystko znosi. (uśmiech)

A co się stało z siostrami?

Kiedy nakazano im odejść z Miejsca, napisały pod kierunkiem ks. Orlemby list, który został przez biskupa uznany za „niestosowny”. Po tym fakcie miała miejsce wizytacja dziekana. W konsekwencji Orlemba opuścił Miejsce i 10 stycznia 1903 roku wrócił do Splitu.

Czy siostry odeszły?

Nie odeszła ani jedna. Biskup pozwolił bowiem zostać kilkunastu kobietom i dalej pracować jako służące. Dziwne, że nie sprecyzował, ile z nich miało odejść. Widzę w tym jego dobrą wolę.

Nie rozumiem.

Jakby napisał, że dziesięć ma zostać, to reszta już musiałaby wyjechać. Ale napisał „kilkanaście”. To ogólne stwierdzenie pozwoliło im wszystkim dalej pracować i służyć Kościołowi.

Raz biskup nakazuje im odejść, a drugi raz pozwala zostać…

Nie pozwolił na założenie zgromadzenia. Jednak nigdy nie zabronił prowadzenia działalności wychowawczej.

Biskup podobno obawiał się Teresy Woźnej, która wedle Księdza miała wizje mistyczne. Czy mógłby Ksiądz to skomentować?

Otrzymała wiele łask od Boga, ale je zaprzepaściła. Nakazał ją oddalić i tak się stało. Zamieszkała przy katedrze, w suterenach i prowadziła szkołę krawiecką. Cieszyła się dobrą opinią.

A co się stało z członkami Towarzystwa?

Część opuściła Miejsce Piastowe, a część została.

Wielu wyjechało?

Za moją zgodą kilku pojechało do Ameryki i tam zostali księżmi. W sumie w Ameryce duchownymi zostało 26 moich wychowanków. Jednak nie wrócili do Miejsca. Owszem, przyjeżdżali do Miejsca i odprawiali Msze prymicyjne, ale na stałe nie zamieszkali.

Inni poodchodzili do różnych seminariów czy innych zakonów. Mała cząstka została.

Kiedy Ksiądz opowiadał o swoim stylu życia jako realizacji zasady powściągliwości i pracy, pojawiło się we mnie pytanie, czy nie obawia się Ksiądz, że z czasem Księdza duchowi synowie zrezygnują z tak rozumianych zasad i ze stylu życia?

Przypominam sobie jedną z konferencji ks. Jana Bosko, który opowiadał nam swój sen, który jest odpowiedzią na to pytanie. Sen miał miejsce w 1884 roku, a więc wiele lat od chwili powstania pierwszych oratoriów. Zjawili się w nim jego wychowankowie, których przyjmował w 1870 roku. Byli bardzo zadowoleni, pełni życia, radości, ruchu i wesołości. Jedni biegali, inni skakali lub pomagali skakać innym. W jednym miejscu jakiś ksiądz opowiadał dzieciom historyjkę, w innym kleryk grał z chłopakami w piłkę. Widać było, że między wychowankami i przełożonymi panowała serdeczność i zaufanie. Jeden z wychowanków, który był niejako przewodnikiem Jana Bosko mówił mu, że duch rodzinny, jaki tam panował rodził miłość, a miłość budziła zaufanie, a ono z kolei sprawiało, że wychowankowie otwierali się, powierzając sekrety swojego życia tym, którzy ich prowadzili. 

Nagle pojawił się inny chłopiec ze współczesnego ks. Bosko oratorium. W tej scenie nie było już śmiechu, boisko było puste, a diabeł się z tego cieszył. Nie było radosnej wrzawy, śpiewu. Na twarzy chłopców było widać nudę, zniechęcenie, zadąsanie i nieufność. Kilku się bawiło, ale większość stała podparta pod ścianą, oddana posępnym myślom. Ks. Jan Bosko zapytał owego chłopca o przyczynę tego marazmu. A ten mu odpowiedział, że to konsekwencja braku przystępowania wychowanków do sakramentów, zaniedbywanie pobożnych praktyk i niechęć przebywania w miejscu, gdzie Opatrzność żywiła ich duszę i ciało. Wielu młodych salezjanów nie szło już za głosem powołania i dlatego pojawiła się u nich niewdzięczność wobec przełożonych, tajemnicze zmowy i szemranie.

Jan Bosko przerażony tym widokiem zapytał chłopca, jaki lek można zastosować na tę chorobę. Młodzieniec odpowiedział:

- Miłość.

- Czy ja ich za mało kocham? – zapytał Bosko.

- Ksiądz nie, ale Księdza następcy, przełożeni, dyrektorzy, prefekci, asystenci, wychowawcy, nauczyciele...

Jan Bosko zapytał go, czy nie widzi, jak oni zdzierają swoje życie, będąc niejako męczennikami nauki i pracy?

- Owszem – odpowiedział chłopiec – ale to za mało. Wychowankowie nie tylko mają być kochani, ale muszą sami doświadczyć i odczuć, że są kochani. Samo bycie w ich codziennym życiu nie wystarczy. Oni muszą widzieć swoich wychowawców w rzeczach, które mniej się podobają, jak karność, nauka, umartwienie. Także tych rzeczy powinni nauczyć się z miłości.

- Ale co to znaczy? Jak to wytłumaczyć w praktyce? – pytał dalej ks. Bosko.

A ów chłopiec poprosił, aby się lepiej przypatrzył gromadce wychowanków i wychowawców. I co zauważył? Klerycy, wychowawcy, prefekci czy dyrektorzy nie byli z wychowankami. W grupie było zaledwie kilku, ale większość stała z boku, nie bawili się razem. Część się przechadzała, rozmawiała ze sobą i nie zwracała uwagi na to, co czynią wychowankowie. Ci, co się przyglądali zabawie, nie ujawniali troski o wychowanków. Jeśli upominali, to z miną surową, i to w dodatku rzadko. Owszem, jedni wychowawcy chcieli się przyłączyć do wychowanków, ale oni zaczęli ich unikać.

- Jak to przełamać… – zasmucił się ks. Bosko.

Usłyszał taką odpowiedź:

- Konieczna jest obecność z wychowankami na rekreacji, przerwach i w czasie wolnym. Inaczej nie zdobędzie się ich zaufania. Kto chce być kochanym musi udowodnić, że sam kocha. Nauczyciel widziany tylko w sali, na katedrze jest tylko nauczycielem i niczym więcej, lecz jeśli jest z wychowankami w czasie wolnym – staje się ich bratem. Podobnie i ksiądz. Jeśli go widzą tylko na ambonie, to pomyślą, że tak mówi, bo taki jest jego zawód. Ale jeśli będzie z wychowankami w czasie wolnym i powie jakieś słowo – będzie to słowo kogoś, kto ich kocha. Zaufanie wytwarza jakby prąd elektryczny, który przechodzi między wychowankami i ich przełożonymi.

- Jak to uczynić? – zapytał ks. Jan Bosko.

- Trwać przy swoim stylu życia, przy przepisach, które stały się podstawą naszej wspólnoty.

A na koniec ów przewodnik zapytał ks. Bosko:

- Czy wiesz jakie jest najlepsze danie na obiad?

- Nie – odpowiedział Święty.

- Najlepszym daniem jest przyjemny i zadowolony wyraz twarzy wychowanka i wychowawcy.

Proszę mi wybaczyć, ale czegoś nie rozumiem…

Czego konkretnie?

Czy Księdza upór przyniósł pożądane skutki? Wielu miał Ksiądz przeciwników, ale także dużo osób chciało Księdza wspierać. Byli tacy, którzy nie wątpili w Księdza intencje. Zapewne takim był Księdza brat Władysław, pewnie i Stanisław czy ks. Spis, może i inni. Podobnie ma się rzecz z salezjanami, którzy szukali z Księdzem porozumienia. Nie ulega wątpliwości, że biskup Pelczar także chciał Księdzu pomóc…

I na tym na razie poprzestańmy, bo zdaje się przyjechał dr. Wahlsleben. Mam mieć konsultacje medyczne.

Czy dzieje się coś niepokojącego?

11 grudnia 1911 roku, po uroczystościach Niepokalanego Poczęcia, miałem – jak to określił doktor – udar. Podobną chorobę miał mój kolega ksiądz. Ale on, pomimo szybkiej interwencji medycznej, do śmierci miał niedowład jednej nogi. Ja, dzięki modlitwom wielu osób, trzymam się prawidłowo i względnie rześko. Nie mogę tylko podróżować. Także długie siedzenie mnie męczy.