Komunikat o błędzie

Notice: Undefined variable: output w business_breadcrumb() (linia 26 z /home/michalici/ftp/newDrupal/sites/all/themes/business/template.php).

Dzieciństwo i młodość

Nic też dziwnego, że wyrastający w takiej atmosferze Bronisław, człowiek o umyśle czynnym, praktycznym, obdarzony bystrym zmysłem obserwacji, starał się dorównać rodzeństwu. W istocie rzeczy, - jeśli chodzi o oddanie się w służbę Bogu i ludziom - nawet je przerósł.

Najpierw uczył się w szkole elementarnej w Pruchniku, potem uczęszczał do gimnazjum w Przemyślu. Mieszkał wspólnie ze starszymi braćmi na stancji u profesora Leona Królikowskiego, gdzie dorabiał korepetycjami ucząc bogatszych kolegów, biedniejszym pomagał bezinteresownie.

Od młodości wykazywał szerokie zainteresowania. Być może, że wpływ niektórych nauczycieli, uleganie tendencjom światłego absolutyzmu i lektura dzieł Kanta, Fichtego, Schellinga wywołały w czasach gimnazjalnych Bronisława silny kryzys wiary, oceniany zresztą przez samego Markiewicza w różnych okresach życia w różny sposób: raz jako utrata wiary, ciemności wewnętrzne umysłu, szamotanie się; innym razem jako odstępstwo od praktyk religijnych w kilku dłuższych lub krótszych okresach. W pewnym miejscu wspomina, że niepokój ten trwał półtora roku. Ale w zasadniczym dokumencie, zeznaniu do procesu ks. Jana Bosco, wspomina, że był to okres od 1857 do 8 grudnia 1863 roku.

Z kryzysu wiary wyszedł młody Markiewicz zwycięsko pod wpływem lektury pisarzy polskich, zwłaszcza Józefa Korzeniowskiego. Ów powieściopisarz, dramaturg i nowelista, a zarazem pedagog i minister oświaty w rządzie Wielopolskiego, przedstawia konsekwencje określonego systemu wychowania. Uważa, że człowiek, od dziecka wychowywany w marzeniach, nie dochodzi do niczego: hoduje bowiem w sobie nierealność. Tylko ludzie pracy i mający ukształtowany charakter zdolni są do wielkiego i trwałego wysiłku, który może przynieść pożądane owoce.

Początkowo - za wzorem brata Michała - marzył o zawodzie nauczyciela. Miał pociąg do wychowywania i nauczania. Taką karierię przepowiadali mu profesorowie gimnazjum przemyskiego. Później zamierzał wraz z kilkoma kolegami wesprzeć gasnące za kordonem granicznym powstanie w Kongresówce.

Ponieważ ten decydujący w jego życiu okres jest różnie przedstawiony w literaturze, oddajmy głos bohaterowi, który tak pisze w Zeznaniu do procesu beatyfikacyjnego ks. Jana Bosco, założyciela Zgromadzenia Salezjanów:

"Mniej więcej w 1857 roku miałem sen, widzenie: Widziałem Matkę Najświętszą. Przed nią klęczał kapłan w czarnej sutannie, mający około czterdziestu lat, z włosami przyprószonymi siwizną. Ja również klęczałem z twarzą głęboko pochyloną, niemniej widziałem Madonnę i tego świętego księdza. Odczuwałem wtedy rodzaj lęku połączonego ze czcią, jakiego nie odczuwałem nigdy więcej w moim życiu. Matka Najświętsza powiedziała mi: "Tylko na jego prośby biorę cię pod moją specjalną opiekę lub podobne słowa. Ten sen stawał mi wytrwale przed oczami przez całe życie z pewnością moralną, że ta wizja powtórzy się jeszcze raz.

Później, dnia 3 maja 1863 roku o godzinie 7 rano, gdy szedłem do szkoły (w czerwcu 1863 roku miałem składać maturę), spotkałem biegnącego jednego z moich przyjaciół, a zarazem kolegów szkolnych, Józefa Dąbrowskiego, liczącego wtedy dwadzieścia dwa lata. Był wzburzony i prosił mnie o 10 centów austriackich. Spytałem go, co za sprawa tak nadzwyczajnie wzburzyła jego umysł, ponieważ był niedowiarkiem i racjonalistą w najwyższym stopniu. Dodałem również, że nie mam ani centa. On mi odpowiedział: "Później ci powiem". I począł biec w kierunku domu, gdzie mieszkał. Ten bieg był również rzeczą niezwykłą u niego, tym bardziej że biegł ulicą publiczną, wiodącą do parku miejskiego w Przemyślu. Po godzinie opowiedział mi, co następuje:

Pomiędzy godziną piątą a siódmą słyszałem mówiącego w ekstazie prorockiej nieznanego chłopca, mniej więcej lat szesnastu, który wracał z pielgrzymki z sanktuarium Matki Najświętszej w Kalwarii Pacławskiej. Przepowiadał wiele rzeczy niezwykłych (w parku publicznym, na miejscu mniej uczęszczanym).

Twarz jego stała się promieniująca, oczy błyszczały nieopisanym blaskiem. Kiedy natchnienie minęło, okazał się zwykłym chłopcem wiejskim, nierozgarniętym i na każde pytanie odpowiadał: "Nie wiem, nic nie wiem!".

Dąbrowski szczególniej wypytywał go o powstanie polskie przeciwko Rosji: właśnie w tych dniach polski generał Jeziorański odniósł większe zwycięsto w walce pod Kobylanką. Wśród wielu spraw odnoszących się do Kościoła katolickiego i Polski, które miały się spełnić w nadchodzącym czasie, powiedział (jeszcze żyje wielu, którzy byli tego świadkami w 1863 roku):"Widzę na południowym zachodzie niedaleko pod górami wielkiego męża Bożego i sanktuarium Matki Bożej, gdzie dokonują się liczne łaski i cuda. Ten wielki człowiek Boży wychowuje świętych kapłanów. A oni rozejdą się wszędzie, oddając się różnym zajęciom, wychowają młodzież i po wielkich przeobrażeniach (które pierwej opisał) przemienia na nowo oblicze świata. Jeden z kapłanów przemyskich, twój przyjaciel i towarzysz szkolny, po studiach na uniwersytecie (lecz jako ksiądz będzie studiował przedmioty świeckie), powróci do parafii pod górami, a po dwukrotnej pracy w Przemyślu z wielkim skutkiem uda się do tego męża Bożego. Będzie dużo cierpiał, lecz w milczeniu, z cierpliwością, a jego ostatnim dziełem dla Polski będzie wprowadzenie na ziemie polskie nowego zgromadzenia zakonnego.

Te słowa wywarły na mnie wielkie wrażenie. Prawie tego samego dnia postanowiliśmy z Dąbrowskim wstąpić do seminarium duchownego w najbliższym październiku, i jeżeli znajdziemy tam pełny pokój sumienia i uwolnienie od licznych wątpliwości wewnętrznych odnośnie do prawdziwości wiary katolickiej, które mieliśmy - będziemy pracować jako księża. Rzeczywiście on wstąpił do Seminarium Metropolitalnego we Lwowie, a ja do Seminarium mojej diecezji przemyskiej. Dnia 8 grudnia 1863 roku po Komunii św. otrzymałem uwolnienie od wszelkich wątpliwości i umocniłem się w postanowieniu zostania kapłanem. Tymczasem kolega, mimo walki z pokusami przeciwko wierze, ostatecznie po czterech latach wystąpił z seminarium i został profesorem w gimnazjum państwowym, stracił wiarę, a w końcu zmarł tragicznie. (Jasnowidzący chłopiec powiedział mojemu koledze, jak się nazywa, skąd pochodzi, czym się zajmują jego rodzice, że żyje w stanie grzechu, że będzie ukarany od Pana - jeżeli nie zmieni życia)."

W uwadze do owego zeznania ks. Markiewicz dodaje: "Dąbrowski chciał dać 10 centów owemu chłopcu jasnowidzącemu, chociaż nie miał przy sobie ani grosza, ani grąjcara austriackiego, tylko nieco chleba. Lecz kiedy później wrócił do parku, żeby dać mu te 10 centów -już nie znalazł chłopca, który zniknął na zawsze. Mam tylko wiadomość z jego własnych ust, że chłopiec ów urodził się w okolicach Oleszyc, 6 mil od Przemyśla. Również inni koledzy młodsi (z drugiej klasy gimnazjalnej) widzieli go i słyszeli. Ja go nie widziałem."

Tak więc dotychczasowe przekazy, jakoby ks. Markiewicz widział osobiście owego młodzieńca, którego pojawienie się zadecydowało o dalszych jego losach, okazują się - w świetle tekstu złożonego przezeń pod przysięgą w 1890 roku - błędne.

Jak wynika z relacji Dąbrowskiego, młodzieniec ów tak mówił do przechodniów:

"Pokój wam, słudzy Pańscy! Ponieważ Pan Najwyższy więcej was umiłował, dopuścił na was ten ucisk, abyście oczyściwszy się z grzechów stali się wzorem dla narodów i ludów, które odbiorą karę sroższą od waszej, w zupełności grzechów swoich. Oto już stoją zbrojne miliony wojsk z bronią w ręku straszliwie morderczą. Wojna będzie powszechna na całej kuli ziemskiej. Groza jej będzie tak wielka, iż wielu ze strachu rozum postrada. Za nią przyjdą: głód, mór, zarazy. Ujrzycie zgliszcza, gruzy i tysiące dzieci opuszczonych wołających chleba... W końcu wojna stanie się religijną: walczyć będą dwa przeciwne obozy: wierzących w Boga i niewierzących. Wreszcie nastąpi bankructwo i nędza powszechna, wojna sama ustanie z braku środków i sił. Zwycięzcy i zwyciężeni znajdą się w równej niedoli, wtedy niewierni uznają, że Bóg rządzi światem, i nawrócą się. Wojnę poprzedzą wynalazki zdumiewające i straszliwe zbrodnie, popełniane na całym świecie. Wy, Polacy, oczyszczeni przez ucisk i silni miłością, będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom niegdyś wam wrogim. Tym sposobem wprowadzicie niewidzialne dotąd braterstwo ludów. Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych, którzy zajmą poczesne stanowiska na kuli ziemskiej. Najwyżej zaś Bóg was wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża. Ufajcie przeto w Panu! Bóg żąda od was nie walki, jaką staczali najlepsi przodkowie wasi na polach bitew, ale bojowania cichego, pokornego i znojnego na każdy dzień przeciw nieprzyjaciołom dusz waszych. On chce, abyście wiedli na każdy dzień bój bezkrwawy. Pod tym warunkiem osiągniecie zbawienie, a w dodatku zajmiecie poczesne miejsce pomiędzy narodami."

czytaj dalej: najważniejsza decyzja »