Gdzie ja jestem, gdy mnie nie ma...? Czyli szczęście na niby

facebook twitter

26-09-2019

Czy istnieje świat bez problemów, życie bez zmartwień, bez chorób i bez kłopotów? Czy człowiek może być w pełni szczęśliwy, zawsze zadowolony i zdrowy? Piękny, bogaty, kochający i kochany, na swoim miejscu w stu procentach? Oczywiście, że... tak. Jednak tylko nielicznym to się udaje w realnym świecie. W większości przypadków jesteśmy szczęśliwi na niby.

Przeczytałem ostatnio dwie niebywale ciekawe książki, których akcja rozgrywa się w świecie alternatywnym – pełnym niecodziennych i nawet magicznych zjawisk, o których ludzie żyjący obok, ale w realnym świecie, nie mają nawet pojęcia. To cała seria opowiadań, które toczą się w zwyczajnym mieście i jego magicznym odpowiedniku, jednocześnie. Jednak tylko nieliczni, wybrani, na ogół dziwaczni i niecodzienni, z pewnością odstający od normy społecznej, potrafią znaleźć się po jednej i po drugiej stronie. Obiecałem sobie, że nie zdradzę tytułów ani autora tych dzieł, bo nie chcę reklamować fantastyki na łamach naszego portalu. Nurtuje mnie niesamowicie ten temat (i dlatego się nim dzielę) i widzę, że to nie tylko fikcja literacka, ani twórcza płodność pisarza. To niestety coś więcej. Tak, niestety – bo świat fikcyjny, może idealny, może nie, z pewnością lepszy niż rzeczywistość, towarzyszy bardzo często człowiekowi. Skąd autor czerpał materiał do swoich książek? Jego sprawa. Jednak widać wyraźnie – czytając fantastykę albo obserwując świat wokół siebie przez pryzmat kapłańskiego przewrażliwienia – że sytuacje nierealne mają lub mogą mieć wpływ na realne życie człowieka. Dlaczego nie można tych doskonałych struktur, sytuacji, związków, zależności przenieść do „tu i teraz”? Dlaczego tak łatwo zamknąć się w alternatywnym świecie? Dlaczego lepiej mieć idealny świat tam, gdzie go nie ma, niż tu gdzie być powinien? 

Życie człowieka w swej piękności i zarazem niedoskonałości tworzy nam płaszczyznę pomiędzy tym, co jest i tym, co chcielibyśmy, aby było. Jeżeli druga ewentualność nie jest tylko sferą nierealnych wrażeń, a czymś, co powinniśmy zrealizować, to warto podjąć trud pracy nad sobą, by tę wyimaginowaną płaszczyznę unieszkodliwić, czy też pozbyć się jej i być zwyczajnie sobą. Nie jest to takie proste zadanie, co najmniej z dwóch powodów: ludzie nie chcą podejmować wysiłku pracy nad sobą, choćby w najmniejszym stopniu, bo im tak wygodnie; druga przyczyna to zupełna nieumiejętność zrobienia czegoś dla siebie tak, by nie był to czysty egoizm. Z pomocą przychodzi tutaj np. doświadczony i nic nie narzucający psycholog (ze świecą szukać takiego...) lub kierownik duchowy w osobie kapłana (chyba łatwiej go znaleźć). Płaszczyzna, w której można by robić coś dla siebie i która jednocześnie zatraca nasze przawdziwe „ja”, powstaje już we wczesnym dzieciństwie jako skutek uchybień rozwojowo-wychowawczych i wcale, wraz z dojrzewaniem, nie znika, tylko towarzyszy nam w życiu, długie lata do starości. Rozdźwięk wewnętrzny jeśli nie niszczy człowieka, to przynajmniej osłabia i rozmywa „ja”, które powinno być na pierwszym miejscu. I tak, każde dziecko potrafi stworzyć sobie wyimaginowany świat, żeby po prostu dobrze się bawić – zarówno w towarzystwie rówieśników, jak i gdy nie ma towarzystwa. Wszyscy pamiętamy czas beztroskich zabaw, gdy tylko wyobraźnia była gwarantem świetnej zabawy i miłego spędzania czasu.

Jak już wcześniej wspomniałem, wraz z naszym dorastaniem świat, który istnieje w naszej wyobraźni nie znika, wręcz przeciwnie – umacnia się i zakorzenia. Dla nastolatka będzie doskonałą odskocznią od brutalnej rzeczywistości, w której nikt kochający nie rozumie tego, co przeżywa. Ale chyba najciekawsze jest to, że ludzie dorośli i w pełni dojrzali mają swój alternatywny świat, w którym żyją często bardziej realnie niż w realnym świecie, gdzie są potrzebni, gdzie powinni..., gdzie muszą..., gdzie wypada i powinno się... itd. Egzystowanie w fikcyjnej krainie mlekiem i miodem płynącej odbywa się czasem także w sferze życia religijnego i przekłada się na wszystkie aspekty żywej wiary, którą człowiek nosi w sobie. Czy zatem jest to kolejny rodzaj zagrożenia duchowego, które w rzeczywistym rozrachunku, zamiast przybliżać do Boga, oddala nas od Niego? Jeżeli w pewnym momencie życia w dorosłym człowieku zachodzą zmiany i zmienia się świat wartości i zaspokajania różnorakich potrzeb, wówczas wdziera się niezrozumienie (np. u partnera lub najbliższych członków rodziny), pojawia się ucieczka do... lepszego świata. Takim światem staje się kościół (ten z małej litery), jako azyl przed brutalnym światem, bo przecież każdy zasługuje na odrobinę relaksu. Komu jak komu, ale Bogu na pewno nie przeszkadza częsta obecność owieczki w owczarni. Jednak pytanie brzmi: z jakiego powodu idę znów do kościoła? Należy pamietać, o czy wiemy doskonale, że aktywne i częste praktykowanie jest na wskroś dobre, jeżeli jest potrzebą serca i owocem miłości do Boga. Zdrowym przejawem jest także wdzięczność, jako skutek ewangelicznego przesłania: komu wiele darowano, będzie bardziej miłował. Jednak można traktować swoistą religijność jako alternatywę tego, czego brakuje mi w realnym życiu (i tylko wtedy jest to złe). Zakładając potrzebę i istnienie takiego miejsca ucieczki od rzeczywistości, osoba wierząca powinna pomyśleć, jakie miejsce i czy w ogóle zajmuje w tym całym rozgardiaszu Bóg? Bez wątpienia powinien On „mieszkać” ze mną (tj. w moim sercu) po realnej stronie życia, choćby najbardziej nieznośnego. To trudne doświadczenie. Proces oczyszczenia i odfantazjowania wiary może trwać długo (na tym przecież polega praca nad sobą), ale skutki są rewelacyjne. W ten sposób powoli wracamy „do siebie”, a szkodliwa dla ludzkiej psychiki płaszczyzna pomiędzy tym, co „jest”, a tym, co „być powinno”, kurczy się.

Nie bójmy się żyć realnie! To nie jest łatwe zadanie. Ale tylko takie podejście do życia gwarantuje człowiekowi „coś”, co nazywamy szczęściem. Często lepiej i łatwiej jest być tam, gdzie nas nie ma. Ale tam, gdzie nie ma nas, nie ma też Boga – tego prawdziwego.