Jedno słowo

facebook twitter

14-07-2019

Wiele lat temu brałem udział w rekolekcjach, na których jeden z kapłanów opowiadał o istocie chrześcijańskiej medytacji. Do dzisiaj pamiętam, jak byłem zaskoczony, gdy jako przykład treści do rozważań podał modlitwę „Ojcze Nasz”. Przecież każdy zna ją na pamięć; nawet w środku nocy może podać jej słowa i sens. Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy usłyszałem, że medytować można nie tylko całą Modlitwę Pańską, ale także każde jej słowo oddzielnie! Dosłownie cały jeden dzień, albo tydzień prowadzić rozważania na samym tylko słowem, np. „Ojcze”? Niesamowite... Ta historia pokazuje, jak ważne czasami jest jedno słowo.

Jedno słowo może przemówić do naszego serca i odmienić nasze życie. Tym bardziej, jeśli wierzymy, że mamy do czynienia nie tylko ze słowem, ale Słowem (pisanym przez duże „S”), które jest „żywe i skuteczne” (Hb 4,12). Jest taki jeden fragment Ewangelii, który „chodzi za mną” już od kilku lat; zawiera jedno słowo, które wciąż nie daje mi spokoju. „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk 9,23). Wyraz, który nieustannie rozbrzmiewa w moich uszach to „swój”. Jedno słowo, a tak kluczowe we wskazówce danej nam przez Jezusa. Przywykliśmy do treści tego cytatu, śpiewamy go nawet w jednej z wielkopostnych pieśni. Tymczasem, przecież Chrystus mógł powiedzieć po prostu „bierze krzyż”, czemu zatem dodał „swój”? To musi mieć znaczenie! Nie jestem teologiem ani egzegetą. Wydaje mi się jednak, że to ważne, aby próbując naśladować Jezusa (a zakładam, że wszystkim nam na tym zależy, bo chcemy trafić do Nieba), być realistą. Czuję, że właśnie o to mogło chodzić Jezusowi w powyższej wypowiedzi. Czasami lubimy „wzdychać” do odległych celów, marzyć o nierealnych wartościach, budować swoją wiarę i duchowość na abstrakcyjnych założeniach. Tymczasem walka o nasze zbawienie toczy się tu i teraz. Jezus jest obecny w naszej codzienności i to tu właśnie mamy szansę, ale i obowiązek Go spotykać.

Co to znaczy wziąć SWÓJ krzyż? Ja rozumiem to jako zaproszenie i wezwanie do cierpliwego i godnego znoszenia tego, co przynosi życie. Nie czyjeś życie, ale MOJE życie. Cierpienie ma niewyobrażalną wartość. Nie tylko zbliża i upodabnia nas do naszego Pana, który przecież umarł na krzyżu, ale jest też drogocenną ofiarą, którą możemy złożyć Bogu w różnych intencjach, np. za dusze czyśćcowe. Tymczasem jest tak, że nieraz w ogóle nie mamy ochoty „brać krzyża”. Wolimy, gdy wszystko idzie po naszej myśli, gdy nam się w życiu układa, gdy jest miło. Uciekamy przed cierpieniem, bólem, smutkiem, trudnościami; chronimy się w bezpiecznych granicach naszej strefy komfortu. Bywa też, że owszem, mamy chęć wdrożyć słowa Jezusa w życie, mówimy „Tak Panie! Chcę iść za Tobą! Wezmę krzyż. Możesz na mnie liczyć!”, ale… słowa te pozostają jedynie pustą deklaracją. Bo jak inaczej nazwać postawę, gdy w modlitwie obiecujemy, że dla Jezusa wytrzymamy wszystko, że pójdziemy za nim na „Golgotę”, a na co dzień narzekamy, złorzeczymy, obgadujemy, oceniamy i komentujemy?  Jesteśmy wówczas jak Piotr, który zapewniał Chrystusa, że nigdy Go nie opuści, że umrze za Niego, a potem, w chwili próby zaparł się Go trzy razy.

Chrystus daje nam bardzo konkretną wskazówkę, co należy zrobić, by Go skutecznie naśladować. Podejdźmy zatem równie konkretnie do jej realizacji. Weźmy SWÓJ krzyż. Nie fantazjujmy, jakby to było cudownie oddać życie za Jezusa, jak dzielnie znosilibyśmy prześladowania za wiarę itp. Nie deklarujmy Bogu gotowości do wyłącznie spektakularnych poświęceń. Wpierw skupmy się na tym, co nasze, co tu i teraz, na SWOIM krzyżu. Twoim krzyżem może być sumienne wykonywanie pracy zawodowej (nawet, gdy nikt sprawdzi jej efektów), może być życzliwa i miła rozmowa z napotkanymi ludźmi (nawet gdy nie mamy na nią ochoty, lub gdy boli nas głowa). Twoim krzyżem może być wciąż psujący się samochód, niewystarczająco duże mieszkanie, uciążliwi sąsiedzi, zła pogoda, katar, brak pieniędzy na wymarzone zakupy, duchota w tramwaju, niewygodne buty. Twoim krzyżem mogą być problemy Twoich dzieci w szkole, zły humor męża, rezygnacja z obejrzenia meczu po to, by pojechać na zakupy z żoną. TWÓJ krzyż nie zawsze oznacza wielkie cierpienie, czasem to tylko niewygoda, dyskomfort, konieczność zmiany planów czy przyzwyczajeń. Pamiętaj: Bóg jest Dobrym Ojcem; nie kładzie nam na barki ciężaru większego, niż bylibyśmy w stanie unieść. Nie czekaj na krzyż, który Ty sobie wymyśliłeś. Weź swój. TWÓJ krzyż jest na wyciągnięcie ręki. Po prostu przestań go omijać. Od Ciebie zależy, czy do podniesiesz, czy go przyjmiesz z miłością. A kiedy już go odkryjesz, weź go, ucałuj i idź za Jezusem. Do Nieba.