Nie do przyjęcia było dla mnie, żeby zostać księdzem [WYWIAD]

facebook twitter

28-05-2019

25 maja z rąk JE abp Józefa Kowalczyka dwóch michalitów otrzymało święcenia prezbiteratu. W przeddzień tej uroczystości zapytaliśmy ks. Piotra Dąbrowskiego, jak wyglądała droga jego powołania, co było ważne w procesie rozeznawania.

Czy pamiętasz kiedy pojawiły się pierwsze myśli o kapłaństwie w Twoim życiu?

O kapłaństwie pierwszy raz pomyślałem w czasie Pierwszej Komunii Świętej, kiedy ksiądz Adam, katecheta, mówił, że może wśród nas znajduje się jakiś przyszły kapłan lub przyszła siostra zakonna. Wtedy pomyślałem sobie: „Boże, tylko nie ja”. Traktowałem to wtedy jako obowiązek, którego nie chciałem podjąć, bo mnie to przerażało. Czułem wtedy ciężar odpowiedzialności, myślałem, że nie nadaje się na księdza. Ksiądz Adam miał bardzo dużą siłę odziaływania na mnie i na moich kolegów. Urzekał nas swoją prostotą, dobrocią, świadectwem życia. Niewiele pamiętam z jego lekcji, bo była to 2 klasa szkoły podstawowej, ale jego sposób bycia i to jak nas traktował, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. On ukształtował we mnie taki dobry, pozytywny obraz kapłaństwa i jakoś tak staram się jego postawą inspirować. Opowiadał nam kiedyś, że od małego chciał zostać misjonarzem. Będąc w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów miał taką możliwość, po 3 latach pracy w mojej parafii w Siedlcach wyjechał do Francji, a następnie na Madagaskar. Tak jak sobie zaplanował.

Od 2 klasy do Twojego wstąpienia do zgromadzenia minęło trochę czasu...

Tak, potem było bierzmowanie i podobna historia. Znowu czułem ciężar powołania, którego nie chciałem podjąć. Gdy przyszła klasa maturalna, miałem inne plany życiowe. Chciałem założyć rodzinę, skończyć dobre studia, rozpocząć pracę w zawodzie. Z biegiem czasu czułem, że to, co robię, nie daje mi spokoju serca. To kolejne pokonywanie etapów życiowych, skończenie studiów, dziewczyna, nie sprawiały, że czułem się szczęśliwy. Po zakończeniu studiów miałem taki rok, kiedy szukałem swojej drogi życiowej. Był to czas, gdy zacząłem się nawracać i zbliżać do Pana Boga. Chodziłem w tygodniu na Eucharystię, spowiadałem się częściej, oczyszczałem swoje życie. Zauważyłem, że jak chodzę do kościoła w tygodniu, to się czuje dobrze, i to mi dawało pokój w sercu. Było to doświadczenie Boga, który podczas Eucharystii, adoracji czy modlitwy, sprawiał, że chciałem, aby ten stan trwał cały czas.

To nie było tak, że nagle postanowiłem wstąpić do zakonu czy zostać księdzem. Pamiętam, że kiedy przed Wielkanocą 2011 roku przeczytałem fragment z Ewangelii, w którym były słowa „pójdź za Mną”, to wówczas to słowo przeszywało mnie do głębi. Nie dawało mi spokoju. Dużo się modliłem o wypełnienie woli Bożej. Przez pewien czas tak się targowałem z Panem Bogiem. Nawet był moment, że obraziłem się na Niego, bo stwierdziłem, że to jest nie do przyjęcia dla mnie, żeby zostać księdzem. Ale Pan Bóg jest cierpliwy, ma swój czas. Moje powołanie porównuję do sceny, w której stoję nad rzeką, gdzie podpływa statek... mam chwilę na zastanowienie się, czy wejść na pokład i odpłynąć, czy też nie.

Czy pamiętasz jakiś jeden moment, który był decydujący?

Kluczowym momentem był przyjazd do seminarium. Wcześniej korespondowałem z ks. Krzysztofem Poświatą (wówczas był on Rektorem Seminarium), który zaprosił mnie do Krakowa. Była to druga połowa maja. Szokiem dla mnie wtedy było to, że się dobrze czułem w seminarium. Dużo wtedy modliłem się o wypełnienie woli Bożej i rozeznanie, światło Ducha św. Tam właśnie zapadła decyzja o wstąpieniu do zgromadzenia.

Jak postrzegasz czas pobytu w seminarium?

Poznanie Boga i poznanie siebie. Te dwie rzeczy są dla mnie fundamentalne. Scalają się w całość – Bóg jest w moim życiu.

Czy wstępując, miałeś inny obraz zgromadzenia niż teraz?

Tak, ponieważ na początku nie miałem żadnego obrazu zgromadzenia. Nie znałem michalitów w ogóle.

W takim razie dlaczego postanowiłeś zostać michalitą?

Pierwszą modlitwą, której nauczyła mnie mama, była modlitwa „Aniele Boże, Stróżu mój”. Świat anielski był mi zawsze bardzo bliski. Kiedy zacząłem się bardziej nawracać, kiedy moja wiara zaczęła się pogłębiać, towarzyszyła mi zawsze litania do św. Michała Archanioła. Gdy myśli o powołaniu krzątały mi się po głowie, natrafiłem w internecie na informację o michalitach. Poskładałem te wszystkie fakty i był to dla mnie znak.

Jak więc teraz po kilku latach postrzegasz zgromadzenie?

Pozytywnie. W przeszłości miałem bardzo krytyczne podejście do księży. Jakkolwiek te pierwsze kontakty ze wspomnianym wcześniej katechetą ks. Adamem były bardzo pozytywne, to potem nie znajdowałem u kapłanów tego, czego chciałem. Dziś, gdy odkrywam kapłaństwo, widzę wyzwania, jakie stają przede mną i to, z czym muszę się zmagać. Dostrzegam piękno kapłaństwa, ale też jego ciężar i znaczenie. Tak naprawdę dopiero teraz poznaję prawdziwą, realną stronę kapłaństwa. Samotność, problemy w kontaktach w życiu wspólnym, własne słabości.

Zgromadzenie podejmuje wiele dzieł. Gdzie chciałbyś pracować?

Chciałbym być księdzem, który pracuje z drugim człowiekiem. Taka praca mnie cieszy. Myślę, że przez pierwsze lata kapłaństwa chciałbym, zasmakować zwykłej pracy duszpasterskiej, przepowiadać Słowo Boże i sprawować sakramenty.  

Czego się boisz w kapłaństwie?

Najbardziej chyba sprzeniewierzenia się Jezusowi, Kościołowi, sobie, temu, co ślubowałem. Boję się własnej słabości. Tego, że odwrócę swój wzrok od Pana Boga i skoncentruję się na czymś innym.

Jaki cytat wybrałeś na swój obrazek prymicyjny i dlaczego właśnie ten tekst? Czemu jest on dla Ciebie ważny?

„Pan jednak rzekł do Samuela: «Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż nie wybrałem go, nie tak bowiem człowiek widzi, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce»” (1Sm 16,7).

Ten cytat i wydarzenia z nim związane z Księgi Samuela pokazują mi, ile piękna jest ukryte w człowieku. Tę pełnię piękna w nas zna przede wszystkim Bóg, a my możemy w czasie swojego życia ją odkrywać. Ważne jest dla mnie szukanie tego piękna, tego, co już jest w nas. Chcę tym się ucieszyć.


Fot. Piotr Sikora

Podobne artykuły