Pozornie

facebook twitter

29-10-2019

Psychologia zna pojęcie „ja realnego” i „ja idealnego”. Oba dotyczą tego, jak człowiek siebie postrzega. To pierwsze można ująć w krótkie stwierdzenie: jest, jak jest. To drugie wyraża marzenia i pragnienia, by być kimś lepszym i piękniejszym.

Można owe pojęcia nieco zmodyfikować, rozszerzyć i wówczas powstaną: „moje życie realne” oraz „moje życie idealne”.

Dążąc do bycia lepszym, wychodzimy zawsze od tego, jacy jesteśmy. Czyli „ja realne” jest punktem startowym dla osiągnięcia „ja idealnego”. Potrzeba do tego pracy nad sobą, czasem całkiem sporego wysiłku, co dzisiaj jest niemodne, bo wymaga za wiele zachodu. Stąd też biorą się pomysły na wykreowanie siebie takim, jakim chciałbym być, w łatwo dostępnej rzeczywistości wirtualnej.

Prezentujemy się więc bezkarnie w różnego rodzaju mediach społecznościowych nie tyle nawet z najlepszej strony, co z fikcyjnej, nieistniejącej, tworząc swoje „ja” przy pomocy najnowszych zdobyczy technologii. Etyczną stronę zagadnienia pozostawiam bez komentarza, nie moją bowiem rzeczą jest się tym zajmować. Jednak nie mogę nie wspomnieć o skutkach, jakie przynosi ze sobą podobny proceder.

Przede wszystkim mało kto myśli o tym, że kreując siebie i pragnąc tym samym aprobaty można ją uzyskać, owszem, lecz przecież dla owego nieprawdziwego wizerunku. Czyli mówiąc bez ogródek: jeśli ktoś mnie takiego wymyślonego polubi, to na pewno nie polubi mnie, bo mnie prawdziwego nie zna. Nie dając innym szansy na spotkanie z prawdą we mnie, nie mam tym samym co liczyć na akceptację mnie takiego, jakim jestem.

Skąd więc ta zabawa w pozory? Chowając się za pięknem, które wymyślam daję tym samym wyraz przekonaniu, że we mnie prawdziwym tego piękna nie ma. Mając niską samoocenę, nie wierząc w swoją wartość, kłamię na swój temat, prezentując siebie jako kogoś, o kim mam głębokie przekonanie, że tylko taki zasługuje na zachwyt, podziw, na miłość.

Człowiek, który nie wierzy w to, że może być kochany taki, jaki jest wpada w pułapkę bez wyjścia. Nie pomoże mu żaden, najwspanialszy nawet wymyślony wizerunek. Miłość ofiarowana owemu wizerunkowi nie uleczy serca tego, kto ów wizerunek wykreował.

Dlatego też wszystkie wyidealizowane profile w mediach społecznościowych skutkują z czasem jednym – pogłębiającym się poczuciem osamotnienia ich twórców. Przecież każdy wie jaki jest naprawdę. Długo samego siebie nie uda się oszukiwać. Życie przesłonięte kłamstwem istnieje i… jest, jakie jest. Maleńka chwila otrzymania zachwytu nad wymyślonym sobą daje bardzo niewiele. Nie zaspokaja głodu miłości.

Po co więc to wszystko? Po co tyle wysiłku, zachodu w tworzeniu fikcji? Odpowiedź nasuwa się jedna: po to, by przez chwilę żyć ułudą, że jest lepiej niż jest.

To droga donikąd. Bezsensowne tracenie cennego czasu, którego przecież nie mamy zbyt wiele. Życie pędzi, mija i nie przystanie ani na sekundę.

Cóż nam dobrego przyniesie to, że inni widząc nasz wyidealizowany, nieprawdziwy wizerunek będą się nim, a nie nami, zachwycać? Powie ktoś: zawsze to coś, chociaż tyle mam. Brzmi to smutno i żałośnie.

Niezgoda na samego siebie nie bierze się znikąd. Może kiedyś uwierzyliśmy nie temu, komu trzeba? Może nie uruchamiamy własnego myślenia, przyjmując na wiarę cudze na swój temat? Może czas to zmienić? Zacząć budować na prawdzie, bo jak życie pokazuje jest ona solidną skałą, o którą można się oprzeć i człowiek nie poleci w niewiadome.

Może czas powiedzieć sobie, że kłamstwem jest stwierdzenie, iż na miłość trzeba zasłużyć, choćby wspaniałym wyglądem? Może warto zaufać dobru i temu, co ono przynosi, zamiast wiecznie oglądać się na zło i to, co ma na mój temat do powiedzenia? Może wreszcie czas pokochać siebie i dać sobie spokój z udawaniem kogoś, kim nie tylko nie jestem, lecz na pewno nigdy nie będę? Dlaczego nie mogę być pięknie sobą i ubogacać świat niepowtarzalnością tego, jakim człowiekiem jestem? Czemu, nie mając ku temu predyspozycji, na siłę muszę śpiewać, tańczyć, grać na saksofonie, pisać wiersze, malować na szkle czy biegać w maratonie? Co sprawiło, że nie mogę żyć i czuć się dobrze bez tego? Czy nie mam innych talentów, czy po prostu ich nie dostrzegam, bo uparłem się, że jako wartość postrzegam coś zupełnie innego niż to, co jest we mnie? I w ogóle dlaczego skazuję się na niezadowolenie z siebie, chociaż mogę inaczej? To przecież jak chodzenie w za ciasnych butach – wszędzie źle; twarz skrzywiona, humor zwarzony, a w rezultacie mam samospełniającą się przepowiednię – nikt mnie takiego nie lubi.

Z „ja realnym” i „ja idealnym” trzeba ostrożnie. Ważna jest odległość jednego od drugiego. Bo moje marzenie o sobie mogę zrealizować pod warunkiem, że nie będzie ono… nierealne.