Fałszywy przyjaciel

Nazywam go przyjacielem, choć to oszust jakich mało. Jest niewielki, schludny, prosty. Dziś bez niego świat właściwie żyć nie może. A ja jestem zły na niego, bo mi ciągle robi na złość. Czas zabiera, straszy dzwonkiem kiedy do snu kładę głowę.

Rano budzi mnie łagodnie. Bladym blaskiem świeci w oczy. Pierwsza myśl ku niemu spieszy: wyłącz budzik, ktoś napisał, może mail przez noc przyleciał. Czuwa przy mnie, daje rady, w kalendarzu mi pomiesza.

On nie znosi być sam, zaraz o coś woła. Wyjść bez niego to by była istna zbrodnia, przecież może coś się stanie, może ktoś zadzwoni, może trzeba będzie sprawdzić, coś zapisać, podyktować. Nie ma chwili by pozostał w swojej bezczynności. Jest co prawda martwy, ale życia w nim niemało. Dzwoni, trzeszczy, daje znaki. Tak nie zachowuje się przedmiot z natury martwy.

Jak to było, gdy go nie było? Jak świat rządził się bez niego? Było lepiej, wolniej, szarzej. Wszystko biegło swoim rytmem, nerwy człowiek miał na wodzy. Ludzie mogli spojrzeć sobie w oczy. Grzecznie siedli, pogadali. Nikt nie patrzył w ekran cicho dając sygnał, że tu nuda i rozrywki mało.

Kiepski to przyjaciel, chociaż czuwa przy mnie stale. Chętnie rzuciłbym go w przepaść, ale czy nie rzucą na mnie anatemy, że tak świętą przyjaźń zerwać pragnę?

Jedno pewne jest w tym wszystkim: to już nie jest „mój” telefon to Telesfor, który dusi mnie śmiertelnie.

Inne artykuły autora

Kruchta

Kobe Bryant: "Bóg jest wspaniały!"

Fałszywy przyjaciel