Kto tu kogo szuka?

Nie ukrywam, że swego czasu wielkie wrażenie wywarły na mnie dwie książki autorów, do których mam dziś ambiwalentny stosunek. Pierwszą z nich była publikacja A. Grüna „Doświadczyć Boga całym sobą”, a drugą „Szukaj Boga we wszystkim” A. de Mello. Idea poszukiwania Boga wydawała mi się ciekawa i stanowiła przedmiot moich osobistych wysiłków. To właśnie wtedy zrodziło się we mnie przekonanie, że współczesny człowiek nie przeżywa ogólnie rozumianego kryzysu wiary i Boga, ale głęboki kryzys doświadczenia Boga. Nie chodzi zatem o to, że ludzie nie uznają istnienia Boga (to może być ewentualnie skutkiem innych problemów), ale o to że ludzie nie doświadczają obecności Boga. Tak dojrzała w mojej głowie idea teotropizmu (poszukiwania Boga). Nie był to jednak koniec, bo całkiem niedawno przyszła do mnie myśl o tym, że to nie tylko my szukamy Boga, ale także Bóg szuka nas i tak teotropizm podprowadził mnie pod pojęcie antropotropizmu (poszukiwania człowieka).

Oba pojęcia są dobrze poświadczone w literaturze biblijnej. Oczywiście nikt tam wprost nie nazywa tych dwóch idei, ale też nie ulega wątpliwości, że od momentu, gdy Bóg zadał pytanie: „Adamie, gdzie jesteś?”, a odpowiedział Mu psalmista słowami „Boże mój, Boże, szukam Ciebie”, mamy do czynienia z podwójnymi poszukiwaniami: Boga i człowieka.

Poszukiwanie Boga rozpoczyna się od doświadczenia. Nie chodzi tu nawet o doświadczenie świata, który mnie otacza. To doświadczenie jest zbyt oczywiste i rozbija się o doświadczenie zła i cierpienia w świecie. Poszukiwania Boga i jego autentyczne doświadczenie rozpoczyna się od wejścia w samego siebie. Czyż nie wiecie, że jesteście świątynią? - pyta z wyrzutem św. Paweł Apostoł. Gdzie zatem mamy poszukiwać Boga, jak nie w Jego mieszkaniu? Początkowo poszukiwanie Boga w sobie wydaje się zadaniem karkołomnym. Jak odróżnić to, co jest moje a co nazwać można doświadczeniem Boga? Trudność ta występuje tylko na początku kontaktu z Bogiem, gdy jeszcze nie do końca ugruntowała się w nas wiara, a do głosu dochodzą wątpliwości. Człowiek przecież nie ufa do końca nawet samemu sobie i własnemu doświadczeniu. Jednak po pewnym czasie okazuje się, że pod powierzchnią naszych uczuć, myśli i sumienia kryje się pewna niewytłumaczalna głębia, która jest niepodważalnym (doświadczalnym i powtarzalnym) dowodem na istnienie Boga. Wiele myśli, natchnień, a także wyrzutów sumienia zawiera w sobie Bożą iskrę, którą można zrozumieć jedynie w perspektywie wiary. Dla człowieka niewierzącego będzie to tylko niewyjaśniona zagadka działania ludzkiego mózgu, ale dla mnie jest to początek niezwykłego spotkania, w którym Bóg objawia się jako poszukiwany, ale także jako Ten, który daje się znaleźć.

Poszukiwanie człowieka rozpoczyna się od kochania. Bóg nie jest bogiem deistów: nieczułym i wyrachowanym. Jego poszukiwanie człowieka jest przejawem współodczuwania (pathos). Swoją postawą przypomina oblubieńca z Pieśni nad pieśniami, który kierowany miłością pokonuje wszystkie trudności, aby tylko zobaczyć swoją ukochaną. Na tej drodze staje przed Nim przede wszystkim nasz grzech i nieposłuszeństwo. Odrzucenie miłości uniemożliwia nasze odnalezienie. To dlatego Bóg „ma problem” ze znalezieniem Adama po grzechu. Jedno jednak jest pewne: Bóg nigdy nie ustaje w poszukiwaniach.

Czasami mogłoby się wydawać, że to człowiek wkłada niedoceniony przez Boga wysiłek w odnalezienie Prawdy. Perspektywa zmienia się dopiero wtedy, gdy uświadomimy sobie, ile razy to Bóg wyruszał na poszukiwania człowieka. Pozostaje wtedy tylko zadać pytanie: Kto tu kogo szuka?

Inne artykuły autora

Kruchta

Kobe Bryant: "Bóg jest wspaniały!"

Fałszywy przyjaciel