Na czym polega formacja osoby powołanej do służby Bożej? Na to pytanie najtrafniej i wyczerpująco odpowiada adhortacja poświęcona życiu osób, które weszły na drogę naśladowania Jezusa Chrystusa – "Vita consecrata". Czytamy w niej: „Ideałem życia konsekrowanego jest upodobnienie się do Pana Jezusa i do Jego całkowitej ofiary z siebie. Cała formacja powinna zmierzać przede wszystkim do osiągnięcia tego celu. Ma to być proces stopniowego przyswajania sobie myśli i uczuć Chrystusa ku Ojcu” (65). W następnym numerze dokumentu napisano: „Formacja jest zatem uczestnictwem w dziele Ojca, który za pośrednictwem Ducha kształtuje w sercach młodych mężczyzn i kobiet myśli i uczucia Syna” (66).

Zaś nieco dalej: „Jeśli jest prawdą, że odnowa życia konsekrowanego zależy w głównej mierze od formacji, to prawdą jest i to, że jej skuteczność zależy z kolei od zastosowania odpowiedniej metody − bogatej w mądrość duchową i pedagogiczną, prowadzącej stopniowo tych, którzy pragną poświęcić się Chrystusowi, do przyswojenia sobie Jego myśli i uczuć” (68). A w punkcie dotyczącym formacji permanentnej znowu powtórzono: „Proces formacyjny nie sprowadza się do wstępnego etapu drogi, ponieważ ze względu na ograniczenia ludzkiej natury osoba konsekrowana nigdy nie będzie mogła stwierdzić, że w pełni ukształtowała w sobie nowego człowieka, który w każdej życiowej sytuacji doświadcza w sercu tych samych uczuć co Chrystus” (69).
Kształtowanie umysłu i serca
Formacja jest więc szczególnym kształtowaniem dwóch przestrzeni osoby ludzkiej: umysłu i serca. Problem w tym, że prawda o tych atrybutach człowieka jest wielce kłopotliwa. Słowo Boże mówi bowiem: „Serce jest zdradliwsze niż wszystko inne i niepoprawne – któż je zgłębi?” (Jr 17, 9). A umył wybrańców Jezus bywał otępiały (por. Mk 6, 52 i 8, 17).
Każde odejście z drogi powołania jest ewidentnym, niezbitym dowodem, że te dwa organy zostały w czasie formacji okrutnie oszukane, zaniedbane i wykoślawione. Ale można też trwać na drodze powołania, a mieć zdeprawowane serce i otępiały umysł – nie prowadzić życia duchowego, mówić o Bogu, a Nim nie żyć. Toteż mistrzowie życia duchowego przestrzegają przed wewnętrzną miernotą, do której można się przyzwyczaić, a która prowadzi do ruiny i profanacji duchowej. Tradycyjna ascetyka mówi tu o najgorszym z siedmiu grzechów głównych – o lenistwie duchowym (łac. acedia).
Lenistwo duchowe
Na czym polega grzech duchowego lenistwa? Jest to pokusa ducha rozczarowanego życiem. Św. Bonawentura podkreśla nawet, że lenistwo jest czymś tak wysublimowanym i niepowtarzalnym, że dla tych, którzy żyją w świecie, jest ono niemal nieuchwytne, i nawet nie umieją go nazwać. Cechuje je swoisty smutek, zniechęcenie wobec wielkości duszy, duchowa ucieczka przed samym sobą. Takiego człowieka nic już nie cieszy. Pragnie wyrwać się z wnętrza własnej istoty i włączyć w tryby zapobiegliwości, pogrążyć się w świecie pilności, sukcesów, w gąszczu rzeczy nieistotnych.
Lenistwo duchowe jest tym gnuśnym smutkiem serca, który już nie chce lub nie potrafi dążyć ku wielkości. Jest ucieczką przed samym sobą, zniechęceniem i znużeniem wyższymi ideałami, zwątpieniem wypalonego serca, wewnętrzną pustką słabości. Charakterystyczny dla tej ucieczki przed tym, co istotne, jest nieustanny niepokój ducha; bezgraniczna gadatliwość; nienasycona ciekawość, niczym nieograniczona chęć oglądania, słuchania i doświadczania wszystkiego; niezmordowana wewnętrzna aktywność; różnorakie wyobrażenia i obrazy, w których rozpływa się duch; niestałość miejsca i decyzji, tępa obojętność; małoduszność, jakaś dziwna nieżyczliwość wobec innych oraz ciągły gniew i ciągła gderliwość wobec wszystkiego, co nas dotyka (por. L. Boros, Spotkać Boga w człowieku, Warszawa 1988, s. 90–91).
Walka z lenistwem duchowym
Doskonale opisał to niebezpieczeństwo bł. Bronisław Markiewicz. Gdy sam doświadczał pokusy lenistwa duchowego (nazywał ją acedią, bądź oziębłością), demaskował ją radykalnie i sięgał po skuteczne środki ratunku. Przejmująco brzmią jego notatki duchowe:
„Prosić będę Pana Boga, abym nie wpadł w oziębłość, bym się nie stał letnim, bo to gorszy i niebezpieczniejszy stan, aniżeli zupełne opuszczenie. Trudniej bowiem z oziębłości się podźwignąć. Gdybym kiedy w roku takie ziębnięcie zauważył, zaraz wglądać będę i szukać przyczyny − i dźwigać się za łaską Pana Jezusa. Szatan stara się najpierw sprowadzić taką oziębłość w ćwiczenia duchowne: odprawianie mszy świętej, brewiarza, sprawowanie świętych sakramentów, medytacje, rachunek sumienia etc. – a potem w zaniedbanie drobnych cnót i spraw, a nareszcie następuje porażenie na całej duszy, ospałość i gnuśność duchowa, zaślepienie, zaciemnienie, iż nie widzimy celu, tej wyżyny, do której mieliśmy dążyć.
Często przyczyną tej oziębłości jest brak roztropności świętej, iż się zanadto oddajemy sprawom zewnętrznym, czasem sprawie ulubionej. A ta władze i siły duszy naszej wyczerpuje, iż mało potem pozostaje czasu i sił do spraw własnej duszy i zbawienia. Daj mi, Panie, więcej roztropności.
Zbytek wszelki szkodzi. Umiarkowanie i roztropność ma być duszą każdej sprawy. Wielka część kapłanów dobrych, a zwłaszcza młodych upada przez brak starania się i proszenia Pana Boga o świętą roztropność. Wciąż będę więc prosić o dwie cnoty: o święte umartwienie, osobliwie wewnętrzne, i o roztropność. Dotychczas nie rozumiałem, w jakim kierunku mam się starać o roztropność. Zrobić tedy najpierw sprawy najważniejsze, to jest tyczące się własnej duszy, a potem sprawy tyczące się dobra bliźniego, chyba że czasem niebezpieczeństwo duszy bliźniego nagłe kazałoby mi przerwać porządek zakreślony z góry przez roztropność – ale wtedy ta sama roztropność to rozkaże uczynić.
Gdy jest oziębłość, wtedy jest i zadowolenie ze siebie i mówimy do siebie: «Już dosyć mam, byle w tym wytrwać, byle do nieba się dostać, a gdzie, to mniejsza». Niech się sobie nie podobam nigdy, tylko Bogu" (Zapiski dotyczące życia wewnętrznego, 1876).
Przeczytaj drugą część artykułu: Bóg ponad wszystko w formacji [cz.2]