88 – Wernisaż prac Profesora Wincentego Kućmy (cz. I)

Przybyłem nieco wcześniej, aby spotkać się z bliskimi mi księżmi Michalitami-seniorami – ks. Ryszardem Cwynarem i ks. Aleksandrem Ogrodnikiem. Miałem dla nich w prezencie słoik miodu z naszej pasieki. Niestety, mimo starań nie potrafiłem ich dostrzec. W gęstym tłumie ludzi nobliwych i przeważnie starszych dostrzegłem sporo osób duchownych, ale nie tych „moich”. Przeciskać się przez to towarzystwo nie byłoby zręcznie i taktownie.

Punktualnie o godzinie 18.00 rozpoczęły się przemówienia: prezydenci, dyrektorzy departamentów i wydziałów kultury, prezesi fundacji i stowarzyszeń artystycznych. Występy według formuły GGG (Górnolotnie / Gromko / Godnie), chociaż my wszyscy obecni dokładnie wiedzieliśmy, że Profesor Wincenty Kućma jest: primo – uznanym i szanowanym artystą, dysponującym znakomitym i fachowym warsztatem, osobowością kreatywną i ciągle poszukującą; secundo – tytanem pracy, codziennie od lat sporządzającym przynajmniej jeden nowy szkic, rysunek i to dlatego za dwiema ósemkami (wiek artysty) stoi imponujący ilościowo i jakościowo dorobek twórczy; tertio – człowiekiem o najwyższej kulturze osobistej i pięknej duchowości, promieniującym łagodnością i życzliwością ujmującą wszystkich.

 Zapewne nie tylko mnie dostojny artysta zaskoczył. W obszernej sali głównej przepięknego Pałacu Sztuki na Placu Szczepańskim wystąpił z ekspresyjną i pobudzającą do refleksji instalacją Spalony kościół. Opowiedział o tym krótko i nie wszystkie słowa do mnie dotarły, ale spróbuję ideę przekazać w sposób najlepszy jak potrafię, zapewne subiektywny i z nałożonymi własnymi kalkami wspomnień tudzież traumatycznych doświadczeń. Na przestrzeni lat opisałem historie setek świątyń (przeważnie św. Michała) i jakże często przewija się w nich motyw pożarów oraz heroicznej odbudowy. Bywało i tak, że trudu rekonstrukcji nie podjęto – niejedna piękna świątynia obróciła się w niebyt. Najboleśniej przeżyłem celowe jak się okazało podpalenie zabytkowego drewnianego kościółka w Parku Decjusza na podkrakowskiej Woli Justowskiej. Ponieważ akurat tam mieszkałem, z radością przychodziłem na niedzielne nabożeństwa. Podobno spłonął niczym zapałka, nie było najmniejszej szansy na ratunek. Widok zgliszcz był dla mnie tak przygnębiający, że mimo odbudowania nie chciałem już tam przychodzić. Zresztą i ten drugi zrekonstruowany kościół podpalono po jakimś czasie ponownie, ale mieszkałem już wtedy w innej dzielnicy miasta. Wincenty Kućma nie mówił skąd pochodziły resztki spalonego kościoła, z których wykreował autonomiczne dzieło sztuki. Brama główna, bardzo dużo drzwi, płaskie powierzchnie drewniane, fragmenty boazerii i wszystko to en bloc poddane twórczym przetworzeniom wydobywających z osmolonych i zwęglonych płaszczyzn nową godność, sacrum zaklęte w krzyku drewna trawionego przez ogień, drewna jakby zastygłego i jakże bezbronnego. „Jesteśmy w kościele, bo nawet spalony nadal pozostaje on świątynią i przez bramę główną przenika do nas niewidzialnie Chrystus. (…) Na podstawie tych przebranych resztek odczytacie, jeżeli tylko podejmiecie taki trud, sens i ideę prezentowanego tu przedsięwzięcia”. Zacytowałem słowa Profesora z pamięci i być może niedokładnie.

Notka biograficzna wywieszona z okazji wernisażu na jednej ze ścian sali głównej