Dla Profesora S.

Szanowny Pani Profesorze! To już prawie dwadzieścia lat, od kiedy zbieram się w sobie, żeby powiedzieć Panu, że miał Pan absolutną rację. Co więcej, miał Pan rację bardziej niż sam mógł Pan Profesor wtedy przypuszczać. Czas pokazał, że nawet chamstwo może przynieść pozytywne skutki. O tym jednak za chwilę.

Proszę nie odbierać tej wypowiedzi jako formy zemsty. Daleki jestem od mszczenia się za rzeczy, które ostatecznie służyły mojemu dobru. Jest to raczej forma podziękowania. Dość specyficzna, ale jednak podziękowania za wkład w rozwój mojego myślenia o sobie samym. Zrozumiałem bowiem, że jestem kim innym niż mi się początkowo wydawało, a Pan Profesor przyłożył do tego niechcący swoją profesorską rękę. Co prawda minęło trochę czasu, ale przecież idee się nie starzeją, a Pan zapewne będąc już na zasłużonej emeryturze, nawet nie pamięta szarego ucznia z „biolchemu”, który na swoje nieszczęście znienawidził fizykę na kilka dobrych lat. Cóż, nieszczęścia chodzą po ludziach. Mnie trafiło się akurat takie.

Zacznę od tego, że cała sprawa wzięła początek od standardowej procedury, która znana jest każdemu uczniowi w szkole średniej. Rozpoczęcie każdej lekcji, a zwłaszcza lekcji fizyki, naznaczone było loterią, która miała wskazać zwycięzcę i doprowadzić go pod tablicę, gdzie czekało na niego zadanie. W moim przypadku na tablicy pojawiło się zagadnienie związane z trzecią zasadą termodynamiki, którą odkrył zapamiętany przez mnie na wieki niemiecki okularnik z nagrodą Nobla Walter Hermann Nernst. Już samo nazwisko budziło we mnie najgorsze skojarzenia. Na to akurat nie miałem żadnego wpływu. Skojarzenie to skojarzenie. Polak przecież zawsze będzie zerkał za Odrę z nutą niepokoju.

Wzór fizyczny, który drżącą ręką zapisałem na tablicy, miał przekonać mnie i obserwatorów, że entropia sprawnej lodówki może wynieść zero. Z dumą w głosie orzekłem, że zadanie jest skończone, a wynik wynosi zero.

Na moje nieszczęście (i tej lodówki) wynik nie spełniał oczekiwań Pana Profesora i dokonał Pan ciekawej transpozycji z zerowej entropii na moją osobę. W przypływie wzburzenia i niepohamowanej szczerości (godnej największych umysłów fizycznych) powiedział mi Pan prosto w twarz: „Sam jesteś zerem”.

Powiem szczerze, że nie wiedziałem co odpowiedzieć. Zajęło mi kilkanaście lat zanim zrozumiałem, że zdanie to jest logicznie prawdziwe. W tamtym momencie dużo bardziej przejmowała mnie inna cyfra, która akurat wtedy pojawiła się w dzienniku przy moim nazwisku i wcale ni było to zero, ale całkiem realne jeden.

Smutny i upokorzony usiadłem w ławce. Zły na lodówkę i Niemca, który się nią zajmował. Zacząłem myśleć i nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak mocno mnie to zabolało, a zabolało mnie bo była to prawda. Dziś wiem, że jestem zerem, ale w zupełnie innym sensie niż Pan Profesor to widział. Bycie zerem przed Bogiem to naturalna kolej rzeczy. Upokorzenie sprzed lat i Pana szanowne chamstwo jest dla mnie dziś powodem do dumy. Podobnie jak lodówka z trzeciej zasady termodynamiki dążę do zera, bo to kierunek pokory, która bardzo podoba się Bogu. W tym sensie Pan też zapewne jest zerem. Ja dzięki temu zrozumiałem dwie rzeczy. Po pierwsze nie wszyscy powinni uczyć fizyki w szkole, a po drugie przez swoją wytrwałość uwierzyłem, że dążenie do zera nie jest jedynie domeną fizycznych rozważań.

Inne artykuły autora

Kto nie lubi Kościoła?

Pod słońcem szatana

Lubię ks. Sopoćkę