Jezus nie jest hipisem!

Pretekstem do napisania tego tekstu było pewne kazanie, które przepadkiem wpadło mi w ucho. Zanim jednak o głównej myśli z owego kazania, chciałbym przywołać okres, który w duszy wielu starych wyjadaczy zapadł głęboko w sercu i pamięci. Mowa o ruchu hipisowskim. Dawno już minęły czasy, gdy po amerykańskich szosach krążyły kolorowe busy volkswagena wypełnione młodymi ludźmi. W zapomnienie odeszły właściwie wszystkie symbole wolnej młodzieży, która dumnie określała siebie mianem „dzieci kwiatów”. Długie włosy posiwiały, stara pacyfa straciła swój kolor, a luźne ubrania przestały być takie luźne i zwyczajnie służą dzisiaj do ścierania kurzu z podłogi. W niepamięć odeszły zloty smakoszy zielonych liści i demonstracje pod hasłem: „Make Love Not War”. No cóż, nic nie trwa wiecznie, a już na pewno młodość nie trwa wiecznie. Ma ona swoje prawa i nieprawa. Błądzi, aby uczyć się na błędach. Bogu dzięki, że z młodości się wyrasta, bo jak zauważył Jan Kochanowski: „Nigdy rozum przy młodości”.

Szczególnie, gdy spojrzymy na owoce owej hipisowskiej kultury, to właściwie nie ma tam zbyt wielu powodów do chluby. Niestety myślenie hipisowskie przetrwało, ale ubrało się w zupełnie nowe ciuchy, o czym przekonuje mnie treść pewnego kazania sprzed kilku dni. Może będzie to dla wielu zaskoczeniem, ale nie jest wielkim fanem kazań. Od dziecka właściwie słuchałem kazań (także tych dla dzieci) z wielkim trudem, a myśli uciekały mi do „ciekawszych” spraw. Niestety z tej wady nie wyrosłem i już chyba nie wyrosnę. Na szczęście dzisiaj (chcąc nie chcąc) jestem słuchaczem dziesiątek kazań in vivo i on line. Zauważam jednak pewną niepokojącą tendencję, która z Jezusa czyni rasowego hipisa. Zdarza się bowiem, że Jezus przedstawiany jest jako piewca płytkiej wolności, herold beztroskiej miłości, obrońca pokoju, antysystemowiec, buntownik z wyboru, starożytny komunista, cukierkowy cudowny chłopiec z prowincji, anarchista i superbohater ustępujący miejsca jedynie Avengersom. Smutny to obraz Pana Jezusa i co najgorsze nieprawdziwy. Jasne, że w Ewangelii zawsze można doszukać się tego, co akurat człowiekowi chodzi po głowie (według zasady „dajcie mi człowieka, a paragraf sam się znajdzie”).

Nie chodzi mi o to, aby krytykować cudze kazania. Mi chodzi o to, aby nie robić z Jezusa kogoś fajniejszego niż jest w rzeczywistości. Jestem głęboko przekonany, że Jezus nie był prawzorem hipisów, punków, skinów ani rastafarian. Raczej skłaniam się do kościelnego określenia, które opisuje Go jako „nowego Adama”. Jest zatem Jezus wzorem człowieka – człowieka doskonałego. Wolny jest od całej ideologii, którą człowiek wymyśla sobie na własny użytek. Jezus z Ewangelii to prawdziwy człowiek – chwała Boga, która jednocześnie jest Synem Bożym i prawdziwym Bogiem. To znacznie więcej niż hipisowski wagabunda z Galilei.

Inne artykuły autora

Droga miłości i droga sprawiedliwości

Idzie, aby królować

Nie opinia, ale sumienie