Każdy sam musi nauczyć się modlić. Jak się modlę? Nie wiem

W jednym z wywiadów dotyczących życia duchowego o. Joachim Badeni zapytany o sposób modlitwy powiedział: „Każdy sam musi nauczyć się modlić. Jak się modlę? Nie wiem. Obecnością. Modlitwą krzyża, jego kontemplacją, bo kto z wiarą kontempluje krzyż, ujrzy w nim potęgę. Tajemnica i moc krzyża wyraża się w przejściu od śmierci do życia. Krzyż staje się bramą – jak powiada Norwid”.

Myślę, że jest to jedno z najważniejszych założeń życia duchowego w odniesieniu do modlitwy osobistej, jakie każdy człowiek musi przyjąć „na wiarę”. Modlitwa nie jest czynnością, która wymaga wielkiej formalizacji i specjalnego uporządkowania. Nie jest przecież raportem, który składamy przed Bogiem. Oczywiście, czasami trzeba wprowadzić pewne granice i normy, ale mają one służyć osobie modlącej się do głębszego przeżywania więzi z Bogiem i podejmowania wyzwania do przemiany własnego życia. Modlitwa jest dla człowieka, a nie dla Boga. Dla wielu ludzi wydaje się to wielkim zaskoczeniem, ale tak właśnie jest.

Jak jednak poradzić sobie z wątpliwościami, które dotyczą jakości naszej modlitwy? Należałoby zacząć od tego, że nie umie modlić się tylko ten, kto nigdy się nie modli. Praktyka przecież czyni mistrza. Każde skierowanie myśli i uczuć do Boga z czystą intencją jest modlitwą dobrą, a nawet bardzo dobrą! Głównym założeniem jest bowiem to, że wytrwałość ma pierwszeństwo przed perfekcjonizmem. Zdarza się często tak, że ludzie niezadowoleni ze sposobu modlitwy porzucają ją na zawsze. Szczególnie dobrze widać to przy trudniejszych formach jak medytacja czy rachunek sumienia. Ważne jest to, aby pokornie podchodzić do oceny własnego poziomu rozwoju życia duchowego. Zbyt wygórowane mniemanie o sobie samym sprawia, że człowiek może popaść w fałszywy mistycyzm, który jest oszukiwaniem siebie i Boga. Lepiej nie mieć o sobie zbyt wysokiego zdania. Raczej należy stawiać na pomoc Bożą niż na własne siły. Mamy przecież zapewnienie św. Pawła, iż „kiedy nie umiemy się modlić tak jak trzeba, to sam Duch wstawia się za nami w naszych potrzebach”. To, co z naszej strony jest niedoskonałe, staje się w przed Bożym majestatem piękną formą uwielbienia Boga w Duchu Świętym. Tak przechodzi się od modlitwy przebłagania i prośby do uwielbienia, które uznać można za najdoskonalszy przejaw modlitewnego kontaktu z Bogiem.

Kolejną rzeczą wartą uwagi jest tzw. modlitwa obecności. Wszyscy mistycy i znawcy duchowości mówią o „chodzeniu w Bożej obecności”. Polega ono na tym, aby każdą chwilę naszego życia oddać Bogu poprzez intencję habitualną (trwałą). Codzienne problemy i radości należy przyjąć w duchu wiary i z radością ofiarować je Bogu. W praktyce polega to na uświadomieniu sobie przy porannym pacierzu intencji z jaką zaczynam dzień. Trud i cierpienie, a także wszystkie modlitwy, mogę ofiarować za dusze czyśćcowe, za bliską osobę lub w intencjach, które nosi w sercu papież. Modlitwa z nadaną intencją sprawia, że człowiek nie popada w zniechęcenie, ale podtrzymywany jest przez dobro, które wzbudził w swoim sercu.

Ojciec Badeni wspomina także o „spojrzeniu na krzyż”, które staje się modlitwą. Zachowanie to można nazwać wprost kontemplacją krzyża. Praktyka ta znana jest w Kościele od wieków, a swój wyraz objawia w czasie liturgii Wielkiego Piątku. Zauważmy, że wielu ludzi zapamiętuje adorację krzyża jako szczególną łaskę. Można do niej wracać nie tylko w czasie Wielkiego Postu. Nie bez powodu w wielu miejscach wieszamy krzyż, aby stawał się miejscem adoracji, a nie tylko dekoracji. Kontemplacja krzyża prowadzi do zjednoczenia z Chrystusem, który nie wybrał własnej drogi, ale całkowicie poddał się woli swojego Ojca. Stał się tym samym wzorem człowieka modlitwy. Zabrał na krzyż najważniejszą intencję świata: zbawienie ludzkości. Krzyż stał się w pewnym sensie wzorem modlitwy – modlitwy trudnej i okupionej wielką ofiarą. Płynie z niej miłość, która potrafi pokonać wszelkie przeciwności.

Doświadczenie podpowiada, że modlitwa powinna być prosta i szczera. Tylko tak staje się  prawdziwym spotkaniem, a nie tylko wymuszoną rozmową. Jest to zresztą pewien charakterystyczny rys duchowości Zachodu, który określał modlitwę jako „rozmowę z Bogiem”. Do dziś formuły katechizmowe w szkole opierają się na tym pojęciu. Wschód jednak określał modlitwę jako „przebywanie z Bogiem”. Może wydawać się to prostsze, ale wcale  takie nie jest. Człowiek często zagaduje Boga, popada w wielomówstwo, nie daje Bogu dojść do słowa. Monolog na modlitwie sprawia, że spotkanie z Bogiem staje się trudne, męczące, nieprzyjemne. Słuchając siebie zapominamy, że przyszliśmy nabrać sił z samego spotkania z Bogiem. Jego obecność jest bowiem niesamowicie budująca.

Na uwagę zasługuje jeszcze jedna sprawa. Modlitwie zawsze będą towarzyszyć rozproszenia. Są one dowodem na to, że mamy żywe serce. Nie modlimy się przecież jak roboty. Wchodzimy w modlitwę z całym bagażem naszych doświadczeń, z całą naszą słabością, myślami i obawami. Warto je przedstawiać Bogu. Nie bez powodu św. Ignacy z Loyoli na początku medytacji podaje zachętę, aby uświadomić sobie „to, czego chcę i pragnę”. Boga interesuje przecież całe nasze życie. Nawet jeśli świadomi jesteśmy tego, że On już to wie, to i tak warto o tym mówić. Kto kocha nigdy nie nudzi się opowieściami osoby kochanej. Nie jest wybiórczym obserwatorem tylko tego, co szlachetne, duchowe i wzniosłe. Jest świadomy tego, że modlimy się tak, jak umiemy. Nie stanowi to dla Niego żadnego problemu. Na modlitwie możemy być jak dziecko, które przychodzi do rodziców, kiedy czegoś nie potrafi. Jezus siada obok nas i modli się z nami. Mamy przecież zapewnienie, że zostanie z nami aż do skończenia świata.

Warunkiem skutecznej modlitwy jest wiara i wytrwałość. Proście, a będzie wam dane – mówi nasz Pan. Gdy człowiek dba o swoje życie modlitwy, doświadcza mocy uwielbienia, która właściwa jest wszystkim osobom o pogłębionej religijności i duchowości. Tak naprawdę, tylko w uwielbieniu człowiek w pełni oddaje się Bogu i Jego woli. Nie stawia barier łasce. Od tego momentu staje się niepokonany i wkracza w świat Ducha, który jest miłością. Takie spojrzenie na modlitwę fundamentalnie przemienia człowieka w nowe stworzenie. Odzyskuje on wolność, a ta skłania go do częstszej modlitwy i większego uwielbienia. Staje się wtedy prawdziwie człowiekiem modlitwy.

Inne artykuły autora

Jutro będzie futro

Co czuje Jezus w tabernakulum?

Ma być tak samo, ale lepiej