Piekło zamarzło

Za oknami siarczysty mróz. Poubierani w kurtki, szaliki i czapki przyszliśmy do kościoła. Szukamy ciepłego miejsca, wygodnej ławki. Może nawet usiedliśmy obok kogoś grubszego, kto rozgrzeje nas swoim ciepłem. Odwykliśmy od zimy, bo ostatnie lata były dla nas wyjątkowo łagodne. Owa „bestia ze wschodu” jeszcze kilkadziesiąt lat temu nazwana byłaby „przejściowym ochłodzeniem”.

Cierpimy na pewien rodzaj nadwrażliwości. Boimy się tego, co może zagrozić sferze naszego bezpieczeństwa. Nie lubimy tego, co nieprzewidywalne. Dzisiaj nawet wyruszenie ku przygodzie obwarowane jest zabezpieczeniami: GPS-em i telefonem satelitarnym na wypadek, gdyby zdarzyło się coś niespodziewanego. Można zadać pytanie, czy ma to w sobie jeszcze coś z przygody, czy też jest kontrolowanym dawkowaniem adrenaliny. Aż strach pomyśleć, co by to było, gdybyśmy rzeczywiście stanęli przed jakimś realnym zagrożeniem. Dzięki Bogu nie żyjemy w czasach wojny, kataklizmu i głodu, a zaraza, której jesteśmy świadkami, też zaczyna ustępować pod naszym naciskiem. Lubimy mieć kontrolę nad światem, walczyć o to, co uznajemy za wygodne i przyjemne.

Dla tych, którzy nie lubią zimy może to być trudny czas, ale z drugiej strony wielu tęskni za śniegiem (oczywiście dopóki nie zostawia po sobie błota na chodnikach). Sam mróz stał się inspiracją do wygłoszenia tego kazania. Zapewne pamiętamy, że w powszechnym mniemaniu piekło kojarzy się z ogniem i żarem nie do wytrzymania. Jednakże jeden z najwybitniejszych poetów wszech czasów Dante Alighieri w swojej „Boskiej Komedii” przedstawia piekło całkiem inaczej. Panuje tam mrok, wieje silny wiatr i czuje się przenikliwe zimno. Piekło ukazane jest w kształcie odwróconego stożka zakończonego paszczą Lucyfera. Sam diabeł jest zatopiony w bryle lodu. Skąd taki pomysł? Dlaczego poeta widzi piekło inaczej niż to podpowiada powszechnie znany obraz?

Piekło w „Boskiej Komedii” zamarza, bo pozbawione jest miłości. Podobnie jak planety naszego układu stają się coraz zimniejsze im mniej energii pochłaniają ze słońca, tak kolejne kręgi piekła doświadczają braku Boga. Szatan jako „arcywróg” Stwórcy przebywa najdalej od Bożej miłości i zamienił się w sopel lodu. W całkowitym odosobnieniu i zatwardziałości pozbawił się dostępu do światła i ciepła. Płacze nad własnym losem, ale pycha nie pozwala mu na proszenie o wybaczenie. Jego łzy szybko zamieniają się w kryształki lodu.

Bóg jest prawdziwym źródłem ciepła, dlatego tak chętnie przyciąga ludzi do siebie i z tego powodu nienawidzony jest przez tych, którzy zamienili się w lodowe sople. Nie każdy chce przebywać w Bożym cieple otulony w „kołdrę Bożej łaski”.

Żeby jednak nikt nie pomyślał, że życie z Bogiem to wylegiwanie się w ciepłych pieleszach. Bóg nieustannie skłania swoich wyznawców do ruchu. Ten kto zrezygnował z ruchu i rozwoju powoli będzie tracił ciepło Jego miłości. Chrześcijaństwo jest sportem wyczynowym. Wyjściem z własnej strefy komfortu. Stanięciem oko w oko z bestią. Nie bez przyczyny wielcy święci średniowiecza, jak św. Jerzy, musieli pokonać smoka. Nie ma sukcesów bez podjęcia trudu i walki. Wiedzieli o tym pierwsi polarnicy, którzy wybierali się na bieguny Ziemi. Wśród nich wybija się postać Roberta Peary’ego, który był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem na biegunie północnym. Do swojej życiowej wyprawy przygotowywał się przez kilkadziesiąt lat. Badał życie Inuitów, uczył się magazynować zapasy i trenować psie zaprzęgi. Wreszcie, gdy stanął na biegunie, w pamiętniku zapisał: „Nareszcie na biegunie! Moje marzenie i ambicja od 23 lat wreszcie spełnione”.

Można sobie zadać pytanie: A jakie są moje ambicje? Czy potrafiłbym poświęcić całe życie, aby po śmierci osiągnąć niebo? Są to przecież pytania, które stawia mi sam Bóg, o czym czytamy w Ewangelii. Jezus pyta uczniów: „Czego szukacie?”, tzn. „Jaki macie cel? Jakie są wasze ambicje?".

Wybór jest niewielki. Albo wmówię sobie, że w moim życiu jest „głodno, chłodno i do domu daleko” i spocznę na laurach, albo uczynię z życia wyprawę, która ma jasno określony cel i jest dobrze przygotowana. W pierwszym wypadku przeżyję do najbliższego nieszczęścia, a w drugim będę gotowy na wszystko tak, że nawet śmierć nie będzie dla mnie zaskoczeniem.

Inne artykuły autora

Kto nie lubi Kościoła?

Pod słońcem szatana

Lubię ks. Sopoćkę