Preewangelizacja

Czytając historię Jana Chrzciciela i Jezusa zadaję sobie pytanie, dlaczego właściwie Jezus potrzebował poprzednika. Czy było to konieczne? Czyżby orędzie Jezusa było niewystarczające lub niezrozumiałe?

Kiedy spojrzymy na przekaz Jana Chrzciciela to różni się on nieco od tego, co będzie głosił Jezus tłumom. To ta sama Ewangelia, ale z innej perspektywy. Przekaz Jana Chrzciciela jest ludzkim spojrzeniem na Dobrą Nowinę, natomiast w nauczaniu Jezusa dochodzi element Boski. Jan jest prorokiem, który głosi konieczność nawrócenia z grzechów. Jego działalność można by nazwać „preewangelizacją”. W praktyce oznacza to, że po nim przyjdzie Mesjasz, a ludzie muszą zobaczyć, że ich życie potrzebuje łaski. To właśnie dlatego orędzie Jana akcentuje grzech świata i poparte jest udzielaniem chrztu w Jordanie.

Dzisiaj dużo mówi się o ewangelizacji. Ukuto nawet pojęcie „nowej ewangelizacji”, jednak praktyka duszpasterska i praca w szkole pokazują, że dzisiaj człowiek często nie jest gotowy do przyjęcia Ewangelii. Boryka się bowiem z problemami najbardziej podstawowymi. Ma trudności z odpowiedzią na pytania: „Kim jestem? Co to znaczy być człowiekiem? Czy posiadam duszę? Czy dobro jest rzeczywiście dobre? Jaki sens ma życie ludzkie? Jaki jest sens cierpienia? Dlaczego powinienem żyć?”. W takich przypadkach przekaz Ewangelii natrafia na niepokonalny mur. Dobra Nowina skierowana jest do ludzi, którzy wiedzą, że są ludźmi. W przeciwnym razie traktowana jest jako jedna z wielu mitologii i baśni opowiadających o życiu człowieka. Przyjmowana jest jako ciekawostka, która nie ma pokrycia w rzeczywistości. Przecież taką postawą odznaczali się Ateńczycy, którzy słuchali św. Pawła. Ateny były kolebką filozofii. Jednak mądrość ludzka może zaprowadzić człowieka na manowce. Poddaje w wątpliwość nawet najoczywistsze prawdy, dlatego gdy Paweł zaczął mówić o zmartwychwstaniu to zaczęli sobie z niego drwić. Mieli dosyć słuchania o jakichś „żydowskich bajkach z mchu i paproci”.

Oczywiście zdarza się i tak, że nawet „preewangelizacja” napotka na opór. Są ludzie, którzy z natury są skrajnymi sceptykami i cynikami. Z przekory nie uznają niczego, co podaje im drugi człowiek. Nie wierzą Bogu, ludziom, a nawet sobie samym. Przykładem takiego człowieka był Piłat. W jego pytaniu „Cóż to jest prawda?” kryje się dużo cynizmu i sceptycyzmu. Jeśli naprawdę nie wierzył w wartość prawdy to nie powinien wydawać wyroków, bo na jakiej podstawie miałby to czynić skoro nic nie jest prawdziwe, a fakty są jedynie iluzją.

Na czym powinna zatem polegać współczesna preewangelizacja? To przede wszystkim przywracanie wiary w sens życia i własnego człowieczeństwa. Każdy człowiek musi uznać swoje człowieczeństwo za dobre. Uznając, że dobrze jest być człowiekiem powinien z wielkim szacunkiem traktować swoje życie, a co za tym idzie życie drugiego człowieka. Preewangelizacja uświadamia jednocześnie, że przy całym pięknie „bycia człowiekiem” posiadamy również ciemną stronę. Zdolni jesteśmy do wybierania zła, dlatego uznać musimy wartość moralności, przyznać się, że bez niej wpadamy w chaos i tracimy ważną część naszego człowieczeństwa.

Być może są to rzeczy oczywiste, ale dla wielu wcale takimi nie są. Żyjemy w czasach ludzi smutnych, zgnębionych, tracących sens. Zalewa nas fala depresji, nerwic, samobójstw. Kościół stoi przed wyzwaniem, aby ratować nie tylko duszę człowieka, ale także jego człowieczeństwo. Każdy z nas zapewne zadaje sobie podstawowe pytania o sens i może doświadczać zwątpienia. Być może trwamy w depresji lub nerwicy. Nie potępiajmy się za to. Szukajmy ratunku, pomocy, drugiego człowieka. Wielkość naszej osoby często przejawia się w geście pokornego poproszenia o pomoc i uznania własnej słabości. Szkoda życia na smutek i przygnębienie. Tak krótko przecież jesteśmy na tym świecie.

Ostatecznie ważne jest to, aby nie do końca ufać własnym myślom i uznać, że warto być człowiekiem – człowiekiem dobrym i uczciwym. Tylko tak przyjmiemy orędzie Ewangelii, która nadaje nowy sens, umacnia to co słabe, podnosi z upadku i ostatecznie przynosi zbawienie.

Inne artykuły autora

Kto nie lubi Kościoła?

Pod słońcem szatana

Lubię ks. Sopoćkę