Ulmowie, perła Podkarpacia (cz. I)

Pragnąłem pojechać do Markowej na beatyfikację Ulmów, ale rodzinna podróż w obydwie strony w ciągu jednego dnia wydała się nam trudna do zrealizowania ze względów czasowych i logistycznych. Uczestniczyłem więc w tej uroczystości łącząc się duchowo podczas transmisji telewizyjnej.

W ostatnich dniach powiedziano o tym tak dużo, że nie ma sensu powtarzać znanych faktów. Każdy kto chciał, wszystko wie. Świadomość takiego stanu rzeczy każe skupić się na kilku wybranych aspektach i wypunktować to, co zwróciło moją szczególną uwagę. Jedno jest pewne, uczestniczyliśmy w wielkim wydarzeniu historycznym. Jego nośność posiada w pierwszym rzędzie wymiar duchowy i religijny, ale równie ważny jest rezonans historyczno-polityczny, tak w wymiarze ogólnopolskim, jak i światowym.

*

Po pierwsze, rodzina Ulmów wcale nie była przeciętną rodziną wiejską okresu dwudziestolecia międzywojennego. Typowa owszem była ich głęboka religijność, tak charakterystyczna dla regionów wiejskich, dla Podkarpacia szczególnie. Typowa była wielodzietność, bo tak duże rodziny były wówczas na porządku dziennym. Jednak Ulmowie w swojej wsi należeli do elity mieszkańców. Józef (1900-1944) ukończył szkołę rolniczą w Pilźnie, propagował sadownictwo, pszczelarstwo i hodowlę jedwabników. Jako pierwszy na wsi wprowadził elektryczność, czerpiąc energię pochodzącą z własnoręcznie zbudowanego wiatraka. Był innowacyjny i postępowy, jego pasją była fotografia, utrwalanie wydarzeń rodzinnych i całej społeczności Markowej. Z kolei Wiktoria (1912-1944), po ukończeniu szkoły powszechnej uczęszczała do szkoły ludowej w Gaci, brała udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych. Mimo obciążenia pracą i obowiązkami rodzinnymi, znajdowali czas na rozwój wewnętrzny. Należeli do ludzi kreatywnych i inteligentnych, a więc posiadali pełną świadomość, co grozi za ukrywanie Żydów.

*

Podjęli świadomie ryzyko i przez 1,5 roku ukrywali ośmiu Żydów – znajomą rodzinę z Łańcuta oraz sąsiedzką rodzinę z Markowej. Znali ich dobrze i uznali za swoich bliźnich, którym należy okazać pomoc chrześcijańską i samarytańską, pomoc po prostu ludzką,  bezinteresowność wobec bliźniego. Nie kierowali się wyrachowaniem lub chęcią zysku. Po prostu, widząc innego człowieka nie przeszli obok obojętnie. Dzisiaj skomercjalizowany świat nie jest w stanie takiego altruizmu pojąć, a jednak to jest właściwa postawa, zgodna z nauką Chrystusa. Ulmowie uzmysławiają nam jak daleko od tej nauki odeszliśmy.

Byli małżeństwem przez dziewięć lat i w tym czasie urodziło im się sześcioro dzieci. Siódme zaczęło przychodzić na świat w chwili egzekucji. Rodzinę stawiali na pierwszym miejscu i nie chcieli zginąć, ale wypadki potoczyły się inaczej. Ulmowie byli zbyt znani i Niemcy otrzymali donos. Pod osłoną nocy z 23 na 24 marca 1944 przyjechali z Łańcuta. Kilkanaście kilometrów podwiozły ich dwie furmanki. Nie chcąc czynić hałasu, zatrzymali się na obrzeżach wsi i dalej poszli na nogach. Plan był gotowy. Najpierw rozstrzelali Żydów, potem Józefa i Wiktorię Ulmów, w końcu dzieci. Mieszkańcy Markowej od razu zrozumieli co się dzieje i w przerażeniu czekali, czy przyjdą także do nich. Nie przyszli, odjechali.