KAZANIE PASYJNE (3) - Znak krzyża — bliskość Boga

facebook twitter

Na początku tego rozważania wypowiadamy ustami i sercem słowa św. Jana Pawła II: „Bądź pozdrowiony Krzyżu, znaku miłości, która zwycięża śmierć. Bądź pozdrowiony, gdziekolwiek się znajdujesz: na polach, przy drogach, na miejscach, gdzie ludzie cierpią i konają... na miejscach, gdzie uczą się i pracują, kształcą się, tworzą... Na każdym miejscu, na piersi każdego człowieka... I w każdym ludzkim sercu... Bądź pozdrowiony krzyżu Chrystusa”.

Niech dzisiejszy wieczór i to nabożeństwo będą dla nas czasem świętym; czasem, w którym na nowo zapłonie w nas miłość do krzyża. Niech odnowi, pogłębi się i umocni nasza wiara, nadzieja i miłość wobec cierpiącego Jezusa.
Jeśli oczekujemy, że świat odpowie nam na pytanie, dlaczego cierpimy, to się rozczarujemy. Świat nie może udzielić takiej odpowiedzi. I dlatego większość ludzi potrafi jedynie użalać się nad sobą, walić pięściami w ścianę albo zamęczać sąsiadów wiecznym narzekaniem na tę czy inną dolegliwość. Jako społeczeństwo nie radzimy sobie z problemem cierpienia. Wielu stara się zrzucić winę na innych: To przez moją żonę zacząłem pić. Mój syn zamknął mnie w domu starców. Mój kolega wygryzł mnie z pracy. Za późno się urodziłem.

Słuchając tych wszystkich wymówek i usprawiedliwień, sporo się dowiadujemy o innych ludziach, społeczeństwie, historii i szatanie, ale niczego o Bogu. I to jest olbrzymi błąd! Jeśli bowiem faktycznie chcemy poznać prawdę, nie możemy odmówić spojrzenia jej w oczy.

A próbując uciekać od rzeczywistości cierpienia, tracimy z pola widzenia jedną z najważniejszych prawd naszej wiary: że to sam Bóg je dopuszcza.
Św. Jose Maria Escriva powiedział: „Jezus cierpi, by spełnić wolę Ojca, a ty, który również pragniesz pełnić Najświętszą Wolę Bożą, idąc śladem Mistrza, czy możesz się żalić, gdy spotkasz się z cierpieniem jako towarzyszem drogi?”.
Chcemy podczas tego nabożeństwa rozważać temat krzyża i cierpienia. Posłuchajmy fragmentu Ewangelii wg św. Mateusza: „Gdy przyszli na miejsce zwane Golgotą, to znaczy miejscem Czaszki, dali [Jezusowi] pić wino zaprawione goryczą. Skosztował, ale nie chciał pić” (Mt 27,33n).

W Gorzkich żalach śpiewamy, że Jezus był pojony żółcią i octem. Co składało się na tę mieszankę, którą podali Jezusowi żołnierze? Gorycz, inaczej mirra to żywica terebintu – drzewa podobnego do naszego dębu. Wino zmieszane z goryczą stosowano jako narkotyk, który miał przynieść ulgę w cierpieniu, a nie jak niektórzy sądzą, dodatkowe męki dla skazańca. Jezus nie chce przyjąć tego znieczulenia, chce świadomie przeżywać cierpienie.
Tu przypomina się fragment wywiadu ze znanym niemieckim psychologiem Karlem Gustawem Jungiem. Pewien pastor odwiedził psychologa w jego domu i podjął temat cierpienia. Jung wskazał na kopię witraża przedstawiającego ukrzyżowanie Jezusa i stwierdził, że to jest decydujący moment życia. Psycholog właśnie wrócił z Indii i zrozumiał, że ludzie Dalekiego Wschodu odrzucają cierpienie, zrzucają je jak swoją drugą skórę. Z kolei ludzie Zachodu tłumią je przez narkotyki i inne substancje psychoaktywne. Natomiast jedynym sposobem, żeby przezwyciężyć cierpienie, jest niesienie go na sobie, tak jak uczy nas tego Jezus Chrystus.

O jakie filozofie Wschodu chodziło Jungowi, temu wybitnemu badaczowi dusz? Przede wszystkim o buddyzm, który pośród wszystkich systemów filozoficznych szczególnie wyraźnie podejmuje problem cierpienia. W VI wieku przed Chrystusem Budda podał osiem sposobów na uniknięcie cierpienia, osiem ścieżek wyzwolenia, by osiągnąć stan nirwany, czyli beznamiętnego rozpłynięcia się w niebycie. Wszystkie te sposoby bazują na wysiłku człowieka, na jego staraniach. Buddyzm jest czasami nazywany religią likwidacji cierpienia. A jak to wygląda w naszym kręgu cywilizacyjnym? Środki odurzające: nikotyna, alkohol, narkotyki. Kiedy ktoś czuje niechciane emocje, próbując od nich uciec, stosuje te środki. Człowiek próbuje zagłuszyć to wszystko, co się w nim odzywa. Innym sposobem ucieczki są też czynności, które, podobnie jak środki odurzające, mogą wywołać uzależnienie: zakupy, nadmierna praca, hazard… to powszechnie stosowane mechanizmy ucieczki od trudnej do zniesienia rzeczywistości. Psychologia klasyfikuje: mechanizm ucieczki w samotność; mechanizm projekcji, kiedy widzimy swoje grzechy w innych; mechanizm fiksacji, gdy skupiamy się nadmiernie na jednej sprawie, zapominając o innych. Inne to regresja, racjonalizacja, myślenie magiczne. Jednak, jak to ujął jeden z wierzących psychologów: psychologia tylko opisuje – to miłość leczy.
Jezus w czasie męki rezygnuje zupełnie z tej ucieczki, by w pełni doświadczyć cierpienia, a co za tym idzie, by doświadczyć nowej jakości życia – zmartwychwstania. Gdy mamy problem emocjonalny lub duchowy, mamy w niego wejść, mamy rozpoznać i nazwać uczucia, które nami kierują, a nie od nich uciekać.

Ale człowiek pyta najczęściej: po co męczyć się teraz, skoro przyszłość jest taka niepewna? Kto udowodni, że po śmierci na sto procent będzie jakieś życie? Mówi nam o tym wiara, jednak wejście w cierpienie już teraz powoduje nowe doświadczenie życia. Jezus w śmierci doświadczył zmartwychwstania, a my przyjmując cierpienie, szczególnie niezawinione, możemy doświadczyć nowej jakości życia, którego dawcą jest Bóg. Jest takie porównanie krzyża do baterii. Gdybyśmy krzyż w połowie przecięli, to powstają dwie części: plus i minus. W krzyżu jest potencjał: z jednej strony nas odpycha, jednocześnie przyciągając obietnicą życia. Doświadczenie tego jest możliwe tylko wtedy, gdy zgodzimy się na krzyż. Cierpienie jest w pewnym sensie nauczycielem, od którego można się wiele nauczyć. Ono mówi nam, że coś trzeba zmienić, czegoś zaprzestać lub coś rozpocząć, porzucić dawny sposób myślenia i zacząć od nowa, inaczej. Gdy odrzucimy naukę cierpienia, w zamian pozostaje tylko jedna z dróg ucieczki, czyli któryś z nałogów. To tak, jakbyśmy mówili: nie chcę słuchać, nie chcę się niczego nauczyć, nie chcę się zmienić.
Niemal wszystkie podziały i przypinane ludziom etykietki nie mają sensu. Tylko jeden podział jest zasadny: na ludzi rozwijających się i trwających w zastoju. Jest to więc podział na otwartych i zamkniętych. Pierwsi korzystają z pedagogii cierpienia i wykazują chęć wewnętrznych zmian. Odnajdują właściwe reakcje i formy dostosowania. Ci drudzy, raczej z nieznanych powodów, po prostu nie przyjmują tych lekcji cierpienia.  

Nie jest jednak w porządku udawanie, że twój ból i cierpienie nie istnieją, ponieważ mają one swój sens. Szczęście to nie jest po prostu kwestia pozytywnego myślenia, że powinniśmy codziennie rano wesoło wyskakiwać z łóżka, gotowi zmierzyć się z kolejnym dniem, nawet jeśli właśnie straciliśmy pracę, zawiedliśmy naszą rodzinę, czy nagle dowiedzieliśmy się, że cierpimy na nieuleczalną chorobę. Nie chodzi o to, że mamy pławić się w cierpieniu, czy też uczynić z niego swoją profesję. Powinniśmy jednak dzięki niemu stawać się silniejsi i bardziej święci. Chrystus nie lekceważył swojego cierpienia, nie udawał, że wszystko jest w porządku, kiedy świat drwił z Niego. Nie kwestionował też decyzji Ojca, który dopuścił, aby Syn został tak poniżony. Jezus był realistą, świętym realistą, który wiedział, że Bóg dopuścił Jego cierpienie dla wyższego celu. Jezus nie zaprzeczał, że cierpi, ponieważ wiedział, że to cierpienie jest zgodne z wolą Boga.

Kościół w Wielkim Poście daje nam trzy szczególne momenty, w których cierpienie nabiera nowego wymiaru: jałmużna – mam coś stracić, dać drugiemu; post – mam poczuć głód; modlitwa – mam zrezygnować z aktywizmu, zdać się na wolę Bożą. I Bóg wie, że smutek, który nosisz w sercu, przeminie; wie, że wszystko, czego doświadczasz w chwili obecnej, zaowocuje w końcu jakimś większym dobrem. Krzyż Chrystusa nie usunął naszych krzyży. Jednak od chwili wydarzeń na Golgocie, przestał być znakiem przekleństwa. Przeciwnie – od tamtej chwili krzyż stał się wyrazem obecności Boga przy cierpiącym człowieku.

Tytułowy bohater książki „Oskar i pani Róża” przebywający długo w szpitalu, został pewnego dnia przywieziony przez panią Różę do kaplicy. Spojrzał na krzyż i wyznał Jezusowi: „Kompletnie zbaraniałem, kiedy zobaczyłem Twój, Jezu, posąg; stan, w jakim się znajdujesz; przykuty do krzyża (...), wychudzony, z ranami na ciele, twarzą, po której spływała krew i głową ledwie trzymającą się na szyi... Gdybym był Bogiem, jak Ty, na pewno nie dałbym się tak załatwić”. Potem zwrócił się do pani Róży: „Nie powiesz mi chyba, że w coś takiego wierzysz!”. W odpowiedzi usłyszał od niej: „Czy łatwiej byłoby ci uwierzyć, że to Bóg, gdybyś zobaczył kulturystę... z misternie wyrzeźbionym torsem... Który z nich wydaje ci się bliższy? Bóg, który nic nie czuje, czy Bóg, który cierpi?”. Oskar odpowiedział: „Oczywiście, że ten, który cierpi”.

W ukrzyżowanym Synu Bożym otrzymaliśmy dowód miłości Boga do nas. Znak krzyża przypomina o bliskości Boga, o Jego solidarności z człowiekiem. Dzięki Jezusowi mamy więcej siły do dźwigania naszych krzyży. Dlatego też wierzymy, że wszystkie cierpienia są tymczasowe i przemijające. Cierpienie jest ograniczone czasem. Wieczne jest życie i szczęście. Nie głosimy więc tylko śmierci Chrystusa. Wyznajemy również Jego zmartwychwstanie.
Zakończmy słowami św. Jana Pawła II: „Idźcie dalej (...), abyście w każdym miejscu byli świadkami chwalebnego krzyża Chrystusa. Nie lękajcie się! Niech radość Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Pana będzie waszą siłą, a Przenajświętsza Maryja Panna niech wam zawsze towarzyszy”.


 

Podobne artykuły