WIELKANOC – sekret chrześcijańskiej radości

facebook twitter

Św. Paweł z tej radości mówi nawet z nutą kpiny o tym, co do czasu Zmartwychwstania Chrystusa było największym nieszczęściem człowieka – kpi ze śmierci: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo? Gdzież jest, o śmierci, twój oścień? Ościeniem zaś śmierci jest grzech, a siłą grzechu Prawo. Bogu niech będą dzięki za to, że dał nam odnieść zwycięstwo przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Kor 15, 55-57).

Śmierć, a raczej lęk przed nią był dotąd największą bronią diabła. Poucza o tym św. Apostoł Narodów, gdy pisze: „Ponieważ zaś dzieci uczestniczą we krwi i ciele, dlatego i On także bez żadnej różnicy stał się ich uczestnikiem, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli” (Hbr 2, 14-15).

Dlatego pierwsi chrześcijanie najczęściej na swych grobach umieszczali napis: Non nocet sepultura resurrecturis (grób nie jest w stanie zaszkodzić tym, którzy mają zmartwychwstać).

Liturgia barokowa zawierała piękny zwyczaj tzw. risus paschalis śmiechu wielkanocnego. Otóż wielkanocne kazanie musiało być ozdobione jakąś zabawną historyjką. Ludzie obecni w tym dniu w kościele mieli wybuchnąć śmiechem. Owszem, ta forma chrześcijańskiej radości mogła być trochę powierzchowna i płytka, ale czyż nie jest jednak czymś bardzo pięknym i stosownym, żeby uśmiech stał się symbolem liturgicznym? I czyż nie jesteśmy szczęśliwi, gdy w barokowych kościołach igraszki aniołów i bogactwo ornamentów wywołują w nas uśmiech, w którym objawia się wolność zbawionego człowieka?

Popularny i poczytny w ostatnich latach hiszpański ksiądz José Luis Martin Descalzo w jednym ze swoich felietonów opowiedział piękną historię, którą zatytułował: Wielkanoc – droga światła. Napisał tak:

„Mówi się o pewnym słynnym uczonym niemieckim, że kiedy mu­siał on powiększyć swoje laboratorium badawcze, wynajął dom gra­niczący z klasztorem karmelitanek. I pomyślał: Jak cudownie, tutaj zawsze będę miał ciszę! I wraz z upływem dni przekonał się, że rze­czywiście, cisza spowijała jego dom..., poza godzinami wypoczyn­ku. Wówczas na sąsiednim podwórku wybuchały fontanny śmiechu, czyste, perliste potoki, nietłumione źródła radości. I była to radość wciskająca się drzwiami i oknami. Okrzyki szczęścia, które prześla­dowały uczonego, choćby nie wiem jak szczelnie zamykał swoje okiennice. Z jakiego powodu śmiały się te zakonnice? Z czego się śmiały? Pytania te intrygowały badacza do tego stopnia, że musiał zainteresować się życiem owych mniszek. Z czego się śmiały, skoro były biedne? Z jakiego powodu były szczęśliwe, skoro żadna z rze­czy, które dają na tym świecie radość, do nich nie należała? W jaki sposób mogła wypełniać je modlitwa, cisza? Czy aż tyle warta była sama przyjaźń? Cóż takiego kryło się na dnie ich oczu, co sprawiało, że błyszczały w taki sposób?

Ów niemiecki uczony nie miał wiary. Nie mógł zrozumieć, że to, co dla niego było czystym wymysłem, czystym marzeniem bez żad­nego sensu, mogło wypełnić czyjąś duszę, a tym bardziej, że mogło rozradować ją aż do tego stopnia. I zaczął popadać w obsesję. Zaczęło wydawać mu się, że otacza­ją go fale śmiechu, który teraz słyszał już o każdej godzinie. A w jego duszy narodziła się zawiść, której nie decydował się wy­znać samemu sobie. Musiało być coś, czego on nie rozumiał, jakaś tajemnica, która go przerastała. Te kobiety – myślał – nie znały ani miłości, ani luksusu, ani przyjemności, ani rozrywki.
Cóż takiego miały, skoro nie mogły mieć nic poza zwielokrotnioną samotnością?

Pewnego dnia postanowił porozmawiać z przeoryszą, a ta poda­ła mu jeden, jedyny powód: Chodzi o to, że jesteśmy małżonkami Chrystusa.
- Ale – dowodził naukowiec – Chrystus umarł dwa tysiące lat temu.
W tym momencie uśmiech mniszki rozkwitł jeszcze bardziej i uczony ponownie zobaczył w jej oczach ten blask, który tak bar­dzo go intrygował.
- Myli się pan – powiedziała mniszka – to co stało się przed laty, to fakt, że On zwyciężając śmierć, zmartwychwstał.
- I dlatego jesteście szczęśliwe?
- Tak. My jesteśmy świadkami Jego zmartwychwstania.

Zastanawiam się, ilu chrześcijan zdaje sobie sprawę z tego, że to jest ich zawód, że to jest zadanie, które powierzono im w dniu ich chrztu. Zastanawiam się, dlaczego my, wierzący, nie prześladuje­my świata tą jedyną bronią naszego śmiechu, naszej wewnętrznej radości. Zastanawiam się, dlaczego chrześcijan nie odróżnia się na ulicy po blasku ich oczu. Dlaczego Eucharystia nie sprawia, że z kościołów wypływają fale radości. Jak to możliwe, że istnieją chrze­ścijanie, których nudzi to, że nimi są, którzy mówią, że Ewangelia nie ma dla nich żadnego smaku, że modlitwa jest dla nich czymś nużącym; którzy mówią o Bogu jak o wymagającym starym czło­wieku, który zamęcza ich swymi kaprysami. Zastanawiam się, co powiemy Chrystusowi w dniu sądu, kiedy zada nam najważniejsze ze wszystkich swoich pytań: Chrześcijanie, cóż zrobiliście z waszą radością?”.

 

Podobne artykuły