W cieniu Faustyny (cz. II)

Powoli zacząłem czuć puls klasztornego wzgórza. Zainteresowałem się postacią Faustyny, ze zdumieniem oglądałem prawie codzienne gromady autobusów i pielgrzymek z całego świata.

Potem było zburzenie położonego po sąsiedzku Solvayu [1995-1997], słynnej krakowskiej fabryki, w której podczas II wojny światowej pracował młodziutki Karol Wojtyła, karłowata brzózka wydobyta z solankowych dołów, którą uratowałem przed zagładą zasadziwszy na mojej łączce [1993],  wizyta papieża Jana Pawła II w łagiewnickim klasztorze [1997] i na ruinach Solvayu - niezwykły biały punkcik na tle apokaliptycznych zwałów cegieł i rdzewiejącego złomu, budowa kompleksu handlowo-kulturalnego „Zakopianka” [1998-1999], niezliczone odpusty z tłumami pielgrzymów i uroczymi kramikami oferującymi kompletnie nieprzydatne zabawki-świecidełka, pamiętam kilkakrotne wylewy Wilgi, rzeki przylegającej do murów klasztornych, wreszcie to najważniejsze: rozpoczęcie budowy centrum pielgrzymkowego [1999] z potężną Bazyliką Bożego Miłosierdzia o wieży wysmukłej, czubowatej i lekko zakrzywionej niczym szyja łabędzia.

I oto dziś po dziewięciu latach, które minęły niczym jeden długi sen, codziennie przyglądam się imponującemu dziełu Faustyny, kiedy przesiadam się w drodze do pracy. Jak się domyślacie, nie sprzedałem sidzińskiej łączki. Muszę się przyznać, że w końcu nawet ją trochę polubiłem. Dlaczego nie, skoro pokraczna brzózka z Solvayu przeobraziła się w piękne wysmukłe drzewo, a na miejscu melaminy stanął - i znowu nie wiem jakim cudem - dom z prawdziwego zdarzenia, taki z kominem i oknami. Niby nic specjalnego, ot taki sympatyczny kubuś, któremu nie warto poświęcać tu więcej miejsca, w przeciwieństwie do ponadczasowego dzieła natchnionej zakonnicy z łagiewnickiego klasztoru.

Inne artykuły autora

W cieniu Faustyny (cz. II)

W cieniu Faustyny (cz. I)

Łzy aniołów czy łzy Matki Bożej?